26 Ostatnio edytowany przez Mietko_1 (2020-04-30 14:59:59)

Odp: DZIECI WIEJSKIE NIE BAWIĄ SIĘ w PIASKOWNICY - BIOGRAFIA CHŁOPCA

.
                    SZKOLNY  WYŚCIG  KOLARSKI


Jak wam jest wiadome, że w dniach 3 i 4 czerwca odbywają się szkolne dni sportowca.       
W naszej szkole w Starowlanach jest nie inaczej. A że nasz nauczyciel od wychowania
fizycznego pan Jan jest zagorzałym zwolennikiem gimnastyki i w ogóle sportu, wpadł
na pomysł zorganizować szkolny wyścig kolarski. Z tego faktu ogromnie ucieszyłem się,
jak żaden uczeń, albo jak mało kto z uczni w naszej szkole. A jak wam już jest wiadomo,
że niedawno kupiłem rower wyścigowy i bardzo chętnie wystąpię w tym szkolnym
kolarskim wyścigu.

( Z racji mojej dokładności przypomnę wam, że w ubiegłym roku na dzień sportowca
również był przez pana Jana organizowany szkolny wyścig kolarski.
Ze smutną przykrością muszę wam powiedzieć, że nie mogłem w tym wyścigu wziąć
udziału. Nie było to spowodowane na przykład moją niechęcią do uprawiania sportu,
tym bardziej do niechęci fizycznej aktywności, a z żalem muszę powiedzieć, że z
prostego zwyczajnego powodu - otóż najzwyczajniej nie miałem roweru. )

W tym roku jest inaczej, mam rower i to nad zwyczajniej wyścigowy i bez żadnych
problemów mogę wziąć udział w szkolnym wyścigu kolarskim. Z tej racji i faktu
niesamowicie jestem zadowolony, a nawet i dumny, że wystartuję z chłopkami i tym
samym mam możliwość i szansę sprawdzić siebie i też okaże się kto w tym szkolnym
wyścigu będzie najlepszym? Z tego realnego faktu prócz radości ogromnie mnie rozpiera
dumą, choć całkiem w myślach i duszy ukrywam to w sobie nie okazując tego chłopakom.
Wszystko okaże się kiedy wystartujemy, kiedy pan Jan da sygnał do startu.
Tymczasem tym faktem przed startem jestem tak mocno podnieconym, aż odczuwam
napięty skurcz mięśni i objaw lekkich drgawek. W końcu przecież jestem wrażliwym
chłopakiem, w dodatku kocham się z klasy w Teresie. Na samą myśl to mnie mobilizuje,
żeby pojechać w wyścigu jak najlepiej sobie samemu dla czystego sportu, bo to przecież
uwielbiam najbardziej i żaden wysiłek nie jest dla mnie żadnym trudem i przeszkodą.
Też nie bez przyczyny chcę powalczyć z chłopakami, żeby pokazać Teresie, jaki to ze
mnie walczak, gdybym wyścig wygrał. Zbliża się już czas do startu, przed szkołą na ulicy
wszyscy kto wystartuje w wyścigu ustawieni jesteśmy na środku ulicy, podobnie tak jak
w telewizji prawdziwi kolarze w Wyścigu Pokoju. W napięciu emocjonalnym i w jakimś
tam dość sporym podenerwowaniu czekamy tylko, kiedy pan Jan już da sygnał do startu.
Cała uczniów szkoła wraz z nauczycielami po obu stronach ulicy siedzą na ławie, stoją lub
siedzą na trawie. Myślę, że też w jakimś stopniu zniecierpliwienia, może nie tak nauczyciele
prócz zawsze aktywnego do sportu pana Jana, ale na pewno są zniecierpliwieni uczniowie,
kiedy wystartujemy. Pan Jan już trzyma stoper czasu w ręku. Wszyscy chłopaki biorący
udział w kolarskim wyścigu w napięciu emocjonalnym, skupieni rozglądamy się na siebie
na prawo i lewo do tyłu. Każdy z nas chce widzieć jeden drugiego jak jesteśmy nabuzowani
emocjonalnie lub podnieceniem podenerwowani przed startem. Pan Jan podniósł ręką do góry,
głośno powiedział - prawie wykrzyknął:   
- Wszyscy gotowi do startu!
- Start!
Ruszyliśmy z miejsca startu z taką ogromną dynamiczną energią aż łańcuchy zatrzeszczały
w niektórych rowerach, jakby wyścig miał mieć dystans stu metrów, a nie dwóch okrążeń
Starowlany - Łowczyki - Starowlany. Trudno mi tak na oko ocenić ile kilometrów ma trasa
wyścigu, ale będzie gdzieś około dziesięciu kilometrów przez jedną i drugą wieś po bruku.
Pozostała większość trasy to droga żwirowa, wręcz polna - twarde kolejny ubite kołami od
chłopskich wozów, w środku kolein piasek miękki jak na skoczni w dal skopany końskimi
kopytami. Od szkoły ze sto metrów do sklepu Samopomoc Chłopska, droga z lekkiej górki,
rozpędzamy się po bruku aż szczęki nam dzwonią i słychać tylko w  rowerach głośny zgrzyt
łańcuchów i szum opon po "kocich łbach"*. Od tego miejsca kilkaset metrów po płaski aż
dotąd gdzie znajduje się domu, do którego chodzimy na religię, to już jest za basenem
strażackim po prawej stronie drugi dom.

( Cofając się pamięcią do basenu strażackiego - wiosną w maju i czerwcu i we wrześniu,
kiedy były dni słoneczne ciepłe, często przychodziliśmy popływać sobie, zwłaszcza wtedy,
gdy dziewczyny mieli gimnastykę, a w tym czasie my wolną godzinę, wtedy do basenu
przybiegaliśmy i kąpaliśmy się na całego. Były też przez pana Jana organizowane zawody
pływackie w którym chłopcy i nawet dziewczęta braliśmy udział. Często też już po szkolnych
lekcjach kąpaliśmy się w tym basenie. A nawet z panem Janem na tzw. szkolnym kole
sportowym. Klawo było jak cholera. )

Od tego miejsca pod lekką górkę, co już widzę niektórych z chłopaków wstają z siodełka.
Ja na swoim wyścigowym rowerze też nie mam najlepiej z racji węższych opon.
Niemniej nam wszystkim jest lepiej, niżby jechać po nieubitym piasku, co na trasie wyścigu
jeszcze nam się przytrafi. W gruncie już pokonaliśmy cały odcinek przez wieś po bruku
i zarazem mamy koniec wsi, gdzie droga żwirowa zwana gościńcem lekko odchodzi w prawo
w kierunku Popławiec. Szkoda, że wyścig nie jest wyznaczony tą żwirową drogą gościńcem
do Popławiec i z powrotem, a nasza trasa wyścigu zbacza lekko w lewo i wiedzie drogą
całkowicie polną w tym miejscu z lekkiej górki. I choć to już jest całkowicie polna droga,
niemniej sprawia wrażenie lepszej drogi, niż po bruku, bo raz, że w tym miejscu z górki,
po drugie, choć drogą polną, ale koleiny ubite wozami chłopskimi, po których jeden za
drugim ścigamy się i już nie odczuwamy tych wrażeń, co drogą przez wieś po "kocich łbach"*.
Znajdujemy się już za wioską, po prawej stronie drogi majowe łąki, bo to przecież jeszcze
początek czerwca, w kolorach pięknie kwitną - zapachy wonne kwiatów dochodzą i do nas.
W głębi jeszcze przed polami ornymi od strony gościńca krajobraz jakby zapadał się w
nieduże bagno. Wracając w miejsce wyścigu bliżej drogi, w samej dolinie znajduje się
sadzawki wykopana przez rolnika służąca do pojenia bydła, owiec i koni, którego ten obszar
jest własnością. Służy też i do kąpieli chłopcom. W tym miejscu drogi, gdzie teren jest
najniższy, woda stoi, którą bez większego trudy przejeżdżamy, z tym tylko, że rozpędzeni
musieli przyhamować, żeby w czasie przejazdu woda za bardzo nas nie zbryzgała, a tym
bardziej, żeby przejechać bezpiecznie i co jest najważniejsze w tym naszym rowerzystów
tłoku nie wywalić się! Od tego miejsca drogi teren lekko idzie po wznosie, co trzeba każdemu
z nas użyć więcej siły, a to nie jest korzystne na dalszą trasę wyścigu, a raczej w jakimś
stopniu wyczerpujące. Ja osobiście czuję świeżość, bo raz że drogi ubyło w pokonaniu
zaledwie może z dwa kilometry, po drugie rower mój, choć w zupełności nie służy zbytnio
dobrze na drogi gruntowe, a tylko na szosy, ale przerzutki łańcucha na zębatki w jakimś
sprzyjającym stopniu dodają lekkości kręcenia pedałami. Kiedy porozglądałem się na
chłopaków, zauważyłem u niektórych już jakieś zmęczenie wyścigiem.
Co w pewnym stopniu dodaje mi to nadziei, że z czasem chłopaki będą tracili siły, i tym
samym będę miał coraz więcej szans na ucieczkę i w rezultacie wygrania tego wyścigu?!
Ale póki co drogi jeszcze oj sporo, oj sporo podczas której jeszcze wszystko może różnie
się wydarzyć? Zbliżyliśmy się do samego wzniosu terenu, gdzie w miejscu polnych rozstajnych
dróg w kształcie "t", prosto do zabudowań kolonii Wołkuszy, gdzie po prawej stronie piękny
młody może 30-letni las, który naturalnie nie urósł, a zasadził chłop lub chłopi, gdy las należy
do kilku właścicieli, skoro równo rzędami rośnie, jakby żołnierze stoją przygotowani do marszu
w defiladzie. Do którego z chęcią poszedłbym, żeby leśnym zapachem powietrza pooddychać.
Dalej nigdy nie byłem, więc i nie mogę wiedzieć jak jest. Z rozstajnych dróg skręcamy w lewo,
po czym ciągła prosta aż po horyzont. Nic nie pozostaje, jak tylko pedałami kręcić aż do mety.
Ale i tutaj, gdzie pola uprawne wcale jest nie gorzej, kiedy zieleń na prawo i lewo bujna,
aż naszym oczom miło. Lecz zatrzymać się, choć na moment nie możemy.
Nie dzisiaj, może przy okazji tutaj obecności innym razem. Dziś jest dla nas ważniejszy dzień,
bo mamy szkolny wyścig kolarski. Ciągle mamy po obu stronach pola uprawne w zieleni zbóż
zimowych i jarych. Ach, jak pachnie świeżością i jak jest pięknie czerwcową zielenią
rozciągających polnych łanów zbóż. W takiej scenerii przyrodniczej tylko kręcić nam pedałami
i chwalić Boga, że podsunął myśl panu Janowi od gimnastyki zorganizować szkolny wyścig
kolarski. A panu Janowi niech Bozia daje dużo zdrówka. Ciągle prowadzi nas prosta droga
aż do skrzyżowania także w kształcenia "t". Choć jeszcze nie widoczne, ale nam chłopcom
mieszkającym po tej stronie jest to miejsce znane. Tam dwie drogi ze sobą się łączą i - ta
do której dojedziemy jest drogą połączenia między dwiema wsiami Wołkusz i Łowczyki,
co w dzisiejszym wyścigu dwa razy do niej zawitamy i przez nią w wyścigu przejedziemy.
Ale póki co, znajdujemy się tu, gdzie znajdujemy, a do wspomnianego skrzyżowania jeszcze
z dobre trzy kilometry drogi tak na oko. Droga polna, od wozów wiejskich odciśnięte ubite
koleiny, ale na szczęście nasze twarde, co korzystne jest dla rowerów.
Zatem ile sił w nogach kręcić pedałami i tylko trzymać się kolein drogi.
Gorzej już w ich środku, gdzie piasek skopany końskimi kopytami, jak na skoczni szkolnej
w dal. Cała grupa wyścigu zwarta jeden za drugim obiema koleinami pędzimy i uwagę
skupiać musimy, żeby nie wpaść rowerem w miękki piasek między koleinami - co może nie
tylko wyhamować prędkość, ale i nawet spowodować wywrotkę, która też może pociągnąć
za sobą kraksę wpadając kolarz jeden po drugim! A przecież drogi innej nie ma i nie ma
lepszej możliwości, żeby ominąć ten problem, który jest ciągle przed nami!
Jaka droga jest taka jest. Nasz wyścig szkolny, to nie Wyścig Pokoju, gdzie Szurkowski,
Szozda, Hanusik, Czechowski, Mytnik, Stec pędzą po szosach polskich, enerdowskich
i czechosłowackich. Zbliżamy się do miejsca kolonii wsi Starowlany - po obu stronach kilka
chłopskich zabudowań. Z tych domów kilkoro chodzi do szkoły razem z nami, ale w wyścigu
nikt nie bierze udziału. Na nasz przejazd, ci mieszkańcy tych domów, którzy są na podwórku,
patrzą, a może i ktoś w oknie i zapewne, myślą: gdzie ci chłopcy na rowerach tak pędzą?
Nawet słychać, jak psy szczekają. To wszystko się dzieje przez nasz przejazd.
A my walczymy, jak lwy - kręcimy pedałami, aż łańcuchy trzeszczą i tylko słychać szum opon
i pęd powietrza pędzonego naszego szkolnego na rowerach peletonu.
Korzystamy z jednej i drugiej koleiny jadąc sznurem jeden za drugim i nie w sposób jeden
wyprzedzić drugiego. Jedynie w razie między rowerami znajdzie się przerwa, nie uwzględniając,
kto jedzie na czele peletonu, wtedy jest szansa zmienić koleinę i przesunąć się do przodu,
ale pod wielkim ryzykiem w środku kolein miękkiego piasku od końskimi kopyt, co nie tylko
wyhamowuje prędkość, ale i może spowodować wywrotkę! Co nie tylko grozi jakimś otarciem
ciała, ale i stratą do grupy lub co nawet gorsze, w razie wywrotki uszkodzenia roweru.
Póki co, tej taktyki nikt z nas nie odważył się zastosować, choć niejeden o tym może już
pomyślał? Gdy chodzi o mnie, takiej taktyki nie biorę pod uwagę, bo raz, że to jest pierwsze
okrążenie z dwóch. Mam jeszcze czas. Po drugie, jest ryzyko wywrotki, jak przytoczyłem,
tym bardziej u mnie, kiedy w moim rowerze nazwijmy półwyścigowym są węższe opony,
niż u chłopaków w zwykłych rowerach. Ale pamiętajcie powtarzam, żebyście nie mieli złudzeń,
że kiedy mój rower jest pół kolarzówką, wcale nie znaczy, że na takiej drodze jest mi łatwiej,
lepiej i mam większą przewagę. Na szosie tak, ale tutaj na polnej drodze z koleinami po
wozach chłopskich zupełnie nie. Jak widzicie nie wiem czy u was w szkołach mieliście już
takie organizowane szkolne sportowe na rowerach wyścigi? Może i wy już ścigaliście się w
wiejskich szkołach po podobnych drogach, może w miasteczkach, czy miastach po drogach
asfaltowych zwanymi szosami? Niemniej jest tak jest jest, ale kiedy my tutaj, jak widzicie
mamy nie tylko walkę sportową, ale i ubaw ścigając się na rowerach i nie ma co narzekać
na drogę. To dzięki naszemu nauczycielowi wychowania fizycznego panu Janowi, który tak
bardzo lubi sport i przez to organizuje nam różną rywalizację sportową.
Dziś akurat w dzień sportowca szkolnego jest wyścig kolarski na rowerach.
Klawo jest jak cholera.

[ Na gimnastyce często gramy w piłkę nożną, choć w szkole pan Jan od wychowania
fizycznego, częściej odchodzi od gry w nogę, a bardziej prowadzi lekcję gimnastyki
z graniem w szczypiorniaka, jeśli nie znacie tego określenia, to nic innego, jak granie
w piłkę ręczną. Może takie są zalecenia z Oświaty Wychowania Fizycznego?
Nie jest nam też obce granie w siatkówkę i w koszykówkę. Do tych gier też mamy
boisko. Choć w te dyscypliny gier nie lubię grać. Najbardziej lubię piłkę nożną.
Po lekcjach szkolnych, raz w tygodniu mamy też tzw. SKS czyli Szkolne Koło
Sportowe, gdzie raz w tygodniu we czwartki, pan Jan prowadzi z nami zajęcia
dwugodzinowe, ale już na boisku LZS Starowlany czyli Ludowego Związku Sportowego.
Gdzie boisko jest trawiaste i o wiele większego rozmiaru. Dla mnie, to wielka uciecha,
gdzie mogę wybiegać się do woli, jak "Miecik szalony". Tak nazywa mnie sąsiadka
Genowefa. Przed tym boiskiem do piłki nożnej, bliżej ulicy jest boisko do siatkówki,
gdzie dorośli w niedziele i w święta zwłaszcza państwowe, ale i nasze katolickie religijne
schodzą się i grają w siatkówkę, co i nie jest nam obce. Z mojej wsi chłopcom przyjść
można tutaj i pograć lub przynajmniej popatrzeć, póki w naszej wsi jeszcze nie ma
do żadnej gry boiska. Ale chodzą po wsi słuchy, że starsi chłopaki mają założyć LZS
Cimanie, pojechać do powiatu Sokółka, złożyć wniosek na boisko do gry w siatkówkę,
wtedy dostanie się siatkę i kilka piłek do siatkówki. A boisko, to już w gestii naszych
chłopaków. To jeszcze w przyszłym czasie. Przypominając też nie mogę zapomnieć
i o biegach narciarskich, które przez szkołę są organizowane podczas zimy.
Pan Jan tym zawsze się zajmował, co już wcześniej zdążyłem wam opisać.
Jak i owszem zawody powiatowe, gdzie brałem udział, ale te zawody to już były
organizowane przez sam powiat Sokółka. A my braliśmy udział, jako zawodnicy z LZS
czyli Ludowy Związek Sportowy. Klawo było jak cholera. )

Zamyśliłem się wspomnieniami, a tutaj przecież mamy nasz szkolny wyścig kolarski.
Kręcimy pedałami ile w nas woli i sił... Słychać już u każdego z nas ciężkie i szybkie
oddychanie. Każdy jest zmęczony równo, choć wydaje mi się, że nie każdy z nas
jednakowo wytrzymały na zmęczenie i odporność fizyczną. O wygranej to nikt z nas
jeszcze nie może nawet pomarzyć, kiedy trasy przejechanej nie zostało jeszcze nawet
połowy. Podczas wyścigu każdy z nas w każdej chwili może nagle wysiąść fizycznie
i może być po wyścigu. Mam nadzieję, że mnie do końca wyścigu to się  nie przydarzy.
Bardzo chcę ten wyścig wygrać. Przyjechaliśmy zabudowania kolonii Starowlany,
z jednej strony drogi pola, z drugiej las. W nas taka ogromna jest wola, żeby kręcić
pedałami w wyścigu na ten czas... Przyroda piękna, zielono wkoło, powietrze zdrowe
czerwcowe, niebo zachmurzone, co służy pozytywnie organizmu na odporność wysiłkowi.
Zając nawet przebiegł drogę dla relaksu. To nic nam dziwnego, kiedy u nas sporo zajęcy.
Przebiegł to przebiegł, normalka, zając to nie czarny kot, pecha nam nie przyniesie.
Po stronie leśnej ptaki śpiewają, słychać je dobrze, ale to też normalka, kiedy wiosna
to i czas i pora przecież na ptasie śpiewy. My zatrzymać się nie możemy, żeby usiąść
przy brzegu drogi, odpocząć i przy okazji posłuchać śpiewu leśnych i polnych ptaków.
Ptaki mamy wszędzie, obojętnie gdzie jesteśmy, skoro żyją - gniazdują wszędzie,
to i śpiewają wszędzie. Widzimy już wyraźnie rozstaje dróg do Wołkuszy i Łowczyków,
zaraz dojedziemy. Dojechaliśmy i skręcamy w lewo na Łowczyki - łapiemy zakręt,
na szczęście nie grozi nam jakąś kraksą, kiedy peleton jest rozciągnięty i swobodnie,
i wygodnie w tym miejscu pokonujemy jeden za drugim zakręt.
Na tym zakręcie dobrze widać, który z nas gdzie się znajduje w peletonie, a nawet
jak kto jest zmęczony. Od tego miejsca w kierunku Łowczyków droga mniej jest
w kolejnych, a bardziej równa zbliżeniem jak żwirowy ubity gościniec.
W dodatku teren z lekkiej górki, co sprzyja i choć minimalnie lżej pedałami kręcić,
i dzięki temu w jakimś minimalnym stopniu, choć na krótki czas odpoczynek,
kiedy pedałami mocniej się pokręci i przy schylonej sylwetce kolarza mknie się przed
siebie. Słychać tylko żwir, jak pstryka spod opon rowerów. W świetle dnia na prawo
w oddali przy lesie z kolonii Łowczyki widać gospodarstwo. Stąd też chodzą do szkoły,
ale akurat nikt nie bierze udziału w dzisiejszym wyścigu. A nawet żaden uczeń z tej
wsi nie jeździ do szkoły rowerem, kiedy chodzą do szkoły nie drogą żwirową tak
zwanym gościńcem, bo byłoby to sporym nadrabianiem drogi, a wprost na skróty
przez łąki, krzaki olchowe, rzekę, która nieopodal wypływa stąd rozpoczynając na
dobre właśnie swój tutaj bieg. Po czym znowu łąki już po drugiej stronie rzeki należące
do chłopów wsi Starowlany, gdzie właśnie chodzimy do szkoły.
Zbliżając się do wsi Łowczyki, będąc rozpędzonymi z lekkiej górki, co sprawia użycia
mniej wysiłku, a choć na krótki czas więcej ulgi z obecnym już zmęczeniem.
Pędzimy zwartą grupą, jak prawdziwi kolarze, choć nie szosą, a żwirówką i tylko smugę
kurzu za sobą pozostawiając. W tym miejscu teraz na lewo też chłopskie gospodarstwo
całe płotem ogrodzone.

[ Zimą, świadomie przez gospodarza przy otwartej furtce, kiedy sianem zbawiony
zając wbiegnie, pociągając za sznurek z okna lub sieni domu zamykając furtkę,
już może być jego do garnka na dobrą smaczną zupę i mięso. Skąd my wiejskie
dzieci to znamy. A znamy, znamy. Znamy i wiemy, bo wielu tak robi.
A kiedy w zagrodzie przyszło się już złapać zająca, jakiż był ubaw.
Robiliśmy to już u siebie. U nas do stodoły przy otwartych drzwiach zwabialiśmy
od furtki płotu po drodze do drzwi stodoły małymi porozrzucanymi ilościami siana
zachęcającym do środka zajęcy. A kiedy już zając wbiegł, była na żywca łapanka.
Ubaw był aż brzuchy pękały ze śmiechu. Lepsze było to, niż kłusownictwo.
Po czym zawracaliśmy wolność, skoro złapany zając ze strachu przeraźliwe głosy
wydawał, jak płaczące małe ludzkie dziecko. Nie szło tego słuchać i na to patrzeć.
Gdzie wzruszyłby się nawet i bezwzględny na zwierzęcia kłusownik.
Bo tam w lesie lub w olszynach, kiedy zając wpada we wnyk i w męczarni ginie.
Kłusownik nie słysząc i nie widząc, słodko śpiąc lub tymczasem obracając swoją babę
płodząc dzieci. ]

Jedziemy dalej, bo nie mamy przystanku, kiedy to prawdziwy nasz szkolny wyścig kolarski;
mijając i opuszczając to miejsce przy tym chłopskim wiejskim gospodarstwie.
Nieopodal stąd po tej samej stronie jest następne kolonijne gospodarstwo, już jako ostatnie
przed wsią Łowczyki. Zanim zbliżymy się do tego gospodarstwa, teraz kawałek drogi lekko
prowadzącej pod górkę i z tejże racji trzeba więcej użyć w nogach siły, żeby pokonać to
miejsce, a to wpływa na większe zużycie energii w naszych młodych organizmach.
Ale nic w życiu nie ma za darmo. Pamiętaj o tym zawsze. Zawsze coś jest za coś.
Nawet i w miłości. Pokonaliśmy przed tym podjazdem sam dołek drogi, gdzie stoi woda,
pokonaliśmy wspominany podjazd i teraz jesteśmy na samym drogi pagórku, naprzeciw
ostatniego wspomnianego gospodarstwa. Te że gospodarstwo, jak te już minione,
nie jest płotem ogrodzone. Z drogi wyraźnie widać na dachu stodoły ogromne gniazdo
bocianie, w nim bocian siedzi, drugi na jednej nodze skulony w głowie stoi.
A że to już początek czerwca, z pewnością pod pierzyną bocianiej mamy są małe boćki,
zapewne jest ich z cztery lub pięć. W środku podwórza jest sadzawka do której z gniazda
zlatują bociany, żeby napić się wody i nałapać żab, których w sadzawce jest sporo,
a raczej pod dostatkiem, zwłaszcza widać to na wieczór, gdy żaby uaktywniają się
w wieczornym kumkaniu, rechocie. Z tego gniazda bociany mają, jak książęta za królów,
wszystko podane na miejscu dosłownie bez żadnego wysiłku. To dopiero życie.
Jestem naocznym świadkiem.

[ Byłem na tym podwórzu; pewnego razu prosto ze szkoły nadrobiliśmy drogi, żeby przyjść
i zobaczyć te ogromnie potężne gniazdo na dachu stodoły. Jak zlatują bociany do sadzawki
na łowy żab, a są oswojone i nie boją się ludzi na podwórzu, jeżeli ich się gwałtownie nie
wystraszy i nie pogoni. A i zrobiliśmy to, nie dlatego, że jesteśmy wiejskimi nicponiami,
bo wcale nimi nie jesteśmy, a po to, by zobaczyć, jak bociany wzlatują z ziemi na stodołę.
I wcale to bocianom nie przeszkadzało i tym ich nie odstraszyliśmy, żeby już w tym samym
dniu czy w następne, czy w ogóle ze stodoły do sadzawki nie zlatywały.
Jak pamięta przychodziliśmy na te podwórze prosto ze szkoły z kolegą z tego domu i z resztą
z tej wsi rówieśnikami, ale w szczególności chodziło nam, żeby pokąpać się w tej na podwórzu
sadzawce. Klawo było jak cholera. Basen miejski chowa się, co do wiejskiej sadzawki i na
wolnym powietrzu. ]

Jedziemy dalej, to miejsce mijamy w kilka sekund, a tyle w zadumie przyszło do opisu.
Teraz będąc już na samym wzniesieniu tejże wspomnianej górki, nie więcej jak sto metrów
do samej wioski. Wśród nas aktywny zmógł się ruch i zaczęliśmy w pozycjach przesuwać się
na czoło peletonu, żeby być na szpicy jadąc przez wieś, każdemu z nas zależy ludziom pokazać
się, którzy ewentualnie przypadkiem są na ulicy, w obrębie podwórka gospodarczego, na łące
zwanej wygonem, skąd też dobrze widać nas przyjeżdżających przez wioskę, pod warunkiem
w razie budynki gospodarcze i drzewa zasłaniając nasz wyścig tego nie utrudniają.
Kto z mieszkańców wsi dobrym trafem widzi przejeżdżających nas, patrzy ze spokojem
nie dowierzając, że jak to, tędy jadą chłopcy rowerzyści w takiej sporej ilości kolarzy,
zapewne ze szkoły jakiś wyścig na rowerach. Choć nikt nie kibicuje w głośnych okrzykach,
jak to będzie, kiedy pojawimy się w Starowlanach przed szkołą mijając obok nią, bo tam
czekają nas wraz z nauczycielami cała szkoła. Póki co, jak na razie musimy kręcić pedałami
po bruku przez wieś Łowczyki. A że bruk jest zbyt wysoki i ze sporym dla rowerów spadem
do poboczy ulicy, każdy z nas stara się zjechać z bruku, w razie uniknąć ewentualnej wywrotki.
A wywrotka na bruku jak może być groźna i bolesna, a nawet zabójcza, nie trzeba nikomu tłumaczyć.
W tym względzie każdy z nas kolarzy ogromną ma na to baczność i jeden za drugim jedzie obok
bruku twardym gruntownym poboczem. A gdy nie ma miękkiego piasku, jedzie się lepiej, niż po tzw.
"kocich łbach". Wioska jest mała nawet i jak na podlaskie, to minuta czasu przejazdu i opuszczamy ją,
ale nie na dobre i nie na długo, i nie na zawsze, bo czeka nas jeszcze jedno okrążenie wyścigu.
Wyjeżdżając z wioski, teraz z dobry kilometr aż do gościńca, gdzie przy skrzyżowaniu w kształcie
skośnego "t", z pół drogi po równym terenie, a reszta z lekkiej górki. Tutaj, choć droga żwirowa,
niemniej dobra, jak na gościńcu utwardzona, więc można może nie uciec od reszty, bo to jeszcze
za wcześnie, skoro nie ukończone nawet pierwsze okrążenie wyścigu z wymaganych dwóch.
Ale dobrze się jedzie i z ochotą kręci się pedałami, lekko z pochyloną sylwetką do przodu,
tym samym zmniejszając opór powietrza... I tylko słychać zgrzyt w rowerach łańcuchów i spod
opon chrupiącego żwiru. Nic dziwnego, kiedy to nie Wyścig Pokoju z Ryszardem Szurkowskim,
jego kolegami z kadry i wraz z całym peletonem pędzącym gdzieś przez polskie, enerdowskie,
czechosłowackie wsie, osady, miasteczka, miasta i wreszcie na koniec na bieżnię stadionu,
gdzie tylko tam jest coś w rodzaju żwiru, a jest to żużel, ale bardzo solidnie utwardzony,
co daje warunki jazdy jak po asfalcie. Natomiast my chłopcy wiejscy gdzieś w zapomnieniu
cichych wiosek na Podlasiu mamy co mamy i nie ma co biadolić tylko kręcić pedałami aż do mety
i cieszyć się życiem, że żyjemy tu, a nie gdzieś indziej. Bóg z nami... My z Bogiem... Do przodu...
Tylko do przodu... Bo kiedy ukończymy wyścig i ten kto z nas wygra, na mecie będzie podziwiany
i chwalony. Gdybym wygrał wyścig ja, będę mógł zaimponować Teresie. Klawo byłoby jak cholera.
Dosyć już tych rozmyślań, rozważań, co było, co będzie, kiedy dalej trzeba pedałami kręcić, kręcić,
kręcić aż do mety... Już dojechaliśmy do gościńca drogi żwirowej, gdzie mamy zakręt w lewo
w kierunku Starowlan do szkoły. Przy drodze po prawej stronie stoi Dobry Bóg Jezus Chrystus.
Koniecznie trzeba się przeżegnać przynajmniej w duchu, bo kiedy akurat w tym miejscu na
skrzyżowaniu dróg, nie w sposób puścić kierownicę. Ale Jezus Chrystus i Jego Ojciec Pan Bóg
to widzą i nas rozumieją, a nawet z przydrożnego krzyża i z Nieba pobłogosławią i tym dodadzą
nam otuchy i siły ducha do jazdy w dzisiejszym wyścigu, przynajmniej tak myślę.
A reszty chłopaków nie jestem w stanie na skrzyżowaniu zajętych, jak i ja sam, braniem zakrętu
w lewo w 90 stopniach, spytać. Ale święcie jestem przekonanym, że oni tak samo myślą i w
duchu to już zrobili.

[ Tą drogą kursuje autobus PeKaeS Sokółka - Siderka i z powrotem. Z tego skrzyżowania na prawo
po kilometrze czteroramienne skrzyżowanie do mojej rodzinnej wsi Cimanie, na pola i do lasów,
gościńcem w kierunku Achrymowiec, a obok rozstajnych dróg stoi Jezus Chrystus jako opaczność
przed wszelkimi chorobami i klęskami naszej wsi, co jest w kamieniu wykryte od stu lat.
Chodząc na pole, do lasu, do szkoły pokłanialiśmy się jako dzieci i dzisiaj się pokłaniamy czcząc
Pana Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa, który umarł na Krzyżu za nasze ludzkie grzechy, a po tym
Zmartwychwstał, żeby dać nam wieczne życie, kiedy po żywocie krótkim na Ziemi - będziemy żyć
wiecznie w Niebie. Obok tutaj za Dobrym Chrystusem, pamiętacie, kiedy byłem małym chłopcem,
rósł łubin, gdzie zapędzałem się - tutaj Pan Bóg błogosławił mnie i namaszczał na chłopskiego poetę.
W natchnieniu od tego dnia nim już się stałem. Kiedy dorosłem w pisaniu nim się stałem...   

A jest i było to tak:

Wierszowy  różaniec 

Ja, służebny laik poezji; ze świtem budzącego dnia -
słucham porannej zmiany śpiewu skrzydlatych,
witam spoza puszczy wynurzające słońce,
nocy mówię: żegnaj, dniu: dzień dobry.
Piszę poranny wiersz - karmię natchnieniem duszę
wrażliwą od tego czasu i miejsca:
     
Gdy  byłem  małym  chłopcem
[ buszowałem w łubinie ]

Gdy byłem małym chłopcem,
  zapędzałem się na chłopskie rozłogi,
   spotykałem podlaskich wyżyn pagórki,
    rósł kwitnący biało-niebieski łubin,     
     wchodziłem w jego gąszcz i woń,
      chrzcił mnie po wyniosłość poetyckich zaślubin,
       czułem się jak mały Boży Anioł w Raju.
Owady spijały nektar, szeptały o cichej poezji
   - natchniony byłem, jak dziecko Mickiewicza
    i za nic nie chciałem wyjść z tego polnego raju.     
Na niebie ukazał się znak w postaci Boga,
  przybył do mnie, pobłogosławił i rzekł:   
   Ty mój Boży synu, jutro będziesz poetą.   
Namaszczony dotykiem Boga, wzruszony
  natchnieniem, wonny zapachem łubinu,
   radosny wracałem ścieżką
    przez pola i łąki do domu.
Kiedy dorosłem zacząłem pisać wiersze.

Rozmyślam o tym o czym myśli kaleki człowiek,
idę nie nogami, a śladami wspomnień i jak dyktuje serce,
oczyma dotykam wiosennych krajobrazów, nieba,
serce me trzepocze, jak w locie skrzydła ptaka,
pierś uciska kamień, choć nie leży na sercu,
ślubnej dziękuję za trwanie, Bogu za życie,
światu za pokój, wiośnie za słonce i odradzania się przyrody,
ptakom za śpiewanie, drzewom za biel i zieleń i za oddychanie,
łąkom za ukwiecenie, polom za zielone i złote łany,   
zwiastunom wiosny za nabierania wrażliwości w dzieciństwie do przyrody,
rodzicom za przyjście na świat, miejscu za przeznaczenie;
po czym wyrosłem na duszę taką jaką jestem dzisiaj.
Piszę wiersze...

Mój Boże, otworzyłeś bramy raju,       
Przepiękną wizją dałeś nadzieję.           
Krainą łubinu przywołałem wspomnienia,     
Nostalgiczną pieśnią o spełnionych marzeniach...   

Czarna Białostocka - Podlasie, 10.04.2015, 11:44
     
Z rozstajnych dróg w lewo po kilkuset metrów obok usytuowana moja wieś rodzinna Cimanie. ]
Ciągle jesteśmy w zwartej grupie. Skrzyżowanie pokonaliśmy bez jakichkolwiek problemów
defektów rowerów, czy zderzeniem się ze sobą. Po stu metrach na prostej gościńca znajduje
się miękki piasek, nawieziony niedawno z racji przygotowywania drogi z czasem do położenia
asfaltu. Takie już chodzą pogłoski. Ale to na przyszłość. A na dzisiaj jest jak jest.
A jest tak, że gdy dojechaliśmy do miejsca drogi miękkiego piasku, od razu rowery nam
prawie stanęły, a zwłaszcza tym bardziej rower mój, który z racji może nie wyścigowego
kolarskiego, ale przynajmniej pół wyścigowego, w którym opony są węższe, niż w rowerach
u chłopaków. Jazda praktycznie w tym miejscu niemożliwa, a zatem wszyscy pośpiesznie
zeskakujemy z rowerów i ten odcinek ze sto metrów biegniemy z rowerami.
Tutaj wyraźnie widać i słychać, jak chłopaki są pomęczeni, nie mniej i ja, pchamy po piasku
rowery, ze zmęczenia sapiemy, jak parowozy, tylko z tą różnicą, że nie widać pary i dymu.
A u każdego z nas widać z wysiłku na czole pot, jak i włosy każdy na mokre. Lecz żaden
z nas nie odpuszcza, każdy stara się wyjść z tego choć krótkiego, ale trudnego odcinka drogi
i kontynuować wyścig jako naczelne. Pokonaliśmy ten kawałek trudnej drogi, wskakujemy
na rowery już na utwardzonej żwirowej drodze zwanej  przez tutejszych ludzi gościńcem.
Jeden za drugim jedziemy dalej... Na lewo drogi łąki, raczej podmokły teren prawie szuwary.
Trawy rożnego rodzaju wyróżniają się ukwiecone i niektóre przekwitłe już, i w tych miejscach,
gdzie bardziej mokro, nieużytki, siedlisko dobre ptakom, z czego w pełni hałaśliwie korzystają.
Ale akurat dziś nie czas nam przyglądać się krajobrazom żywej przyrody, ptakom.
A kręcić pedałami, kręcić pedałami, kręcić pedałami. A gdy z drogi widzimy prawą stronę,
to też widzimy i lewą stronę, gdzie od razu za drogą głęboki drogowy rów w którym często
mieści się po brzegi wody, zwłaszcza po zimowych roztopach na wiosnę.
Kiedy chodziliśmy jeszcze do młodszych klas i nie chodziliśmy jeszcze na skróty do szkoły,
a tędy gościńcem, było dużą atrakcją podziwiać pełne emocji przydrożne rowy wody
lub po zimie lód podzielony z coraz to wyższej temperatury na krę.
Za drogowym rowem od razu olchowe krzaki należące do wsi Łowczyki, głębiej wzrokiem
zapuszczając się, teren podmokły jak szuwary i całkowite nieużytki na wprost wzdłuż
gościńca aż do rzeki, dalej aż po pola uprawne bez łąki. Teraz już znaleźliśmy się na
łagodnym zakręcie w prawo, co nie stanowi żadnej różnicy zwłaszcza dla rowerów.
No chyba, jak jakiś kawaler będzie pędził setką e-MZ-etką enerdowską, to nawet może
i nie wyrobić zakrętu. Nam to nie grozi. Jak porośniemy, to kto wie.
Póki co, dziś musimy się zmagać na rowerach i kręcić pedałami...
Za zakrętem kawałek prostej, po czym most na rzece Siderka, za mostem już pod lekką
górkę ze dwieście metrów po czym lekko w prawo i po tym prosto aż do początku wsi
Starowlany. Ale myślą ja już się zapędzałem szybciej, niż rowerem, a tu jeszcze droga
przecież przed mostem i rzeką. Co nic nie pozostaje nam, jak tylko kręcić pedałami na
rowerze aż do skutku linii mety. Znajdując się już w miejscu mostu i rzeki, prócz mnie,
kiedy ja znam to miejsce od wielu dobrych lat, od wczesnego dzieciństwa, kiedy zacząłem
chodzić z mamą do babki w Poplawcach. Chłopaki zapewne, albo na pewno skoncentrowani
na wyścigu, nie zdążyli zauważyć może nie tak mostu, kiedy jest drewniany i prawie
niewidoczny. No chyba, że z tego powodu, że w jego miejscu o kilka centymetrów poziom
ma poniżej gruntu drogi. Jak i też absolutnie nie idzie przegapić, bo kiedy najeżdża na
drewniany most jest inny odgłos, niż po żwirowej drodze. Głuchy odgłos.
Jeśli i zauważyli, to przy takim zmęczeniu fizycznym podczas wyścigu szybko się zapomina.
Nawet i być może nie zauważyli po obu stronach mostu rzeki mego dzieciństwa.
Co prawda akurat nie w tym miejscu jest moją rzeką dzieciństwa, bo kiedy od drugiej strony
wsi, ale moja świadomość, że niedaleko stąd, bo między Łowczykami, a Starowlanami wypływa
rzeka rozpoczynając swój żywy bieg i prawie praktycznie zaraz za tym mostem po prawej stronie
w kształcie "u" okrąża moją wieś. Akurat w tym miejscu z prawej i lewej strony od mostu
i drogi nie wyróżnia się jak prawdziwa rzeka, bo odkąd łąki są zmelioryzowane, rzeka wygląda
nie inaczej, jak tylko zwykły rów z tą różnicą, że z podwójną szerokością jak zwykły rów.
Nie lubię rzeki w takich miejscach, gdzie już ludzka ręką sięgała zmelioryzowana natury przyrody.
Na szczęście po stronie lewej w kierunku Łowczyk, to tylko kilkadziesiąt metrów, a po tym
już krzaki duże i małe olchowe i rzeka pierwotnie naturalna snująca się meandrem wśród krzaków,
co tak od swego dzieciństwa uwielbiam. Wiadome, że to nie jest przecież rzeką jak Amazonka.
Ale z drugiej strony to i lepiej, bo cóż byłoby mi po Amazonki, kiedy na wskroś jest szeroka,
głęboka, długości już nie wymienię, że bez łodzi na wodę ani rusz. Raczej i dobrze, że rzeka
takiego niedużego rozmiaru. Ale zawsze to rzeka, gdzie są ryby, gdzie można chodzić nad jej
brzeg, posiedzieć, czy wejść do wody, gdzie w miejscach zmelioryzowanych wody jest po kostki
lub kolana. Natomiast z prawej strony w kierunku mojej wsi, rzeki zmelioryzowanej jest nawet
kilkaset metrów aż do olchowych krzaków. I tak od tego miejsca jak już wspominałem rzeka
w kształcie "u" snuje się meandrem wśród krzaków olchowych otaczających moją wieś.
Jak widzicie, w dobrym miejscu przyszedłem na świat i się wychowywałem przez kilkanaście
lat w tak przecudnym przyrodniczym miejscu, co też w jakimś stopniu wpłynęło na moją wrażliwość
i w końcu w dorosłym życiu opisywać te miejsca w swojej biografii. Ale tak naprawdę, to przede
wszystkim chyba decyduje charakter, osobowość kim w życiu się stajemy, ale powiadam i nie
wykluczone środowisko jak przyrodnicze tak i obyczajowe wiejskie piękne żyjąc z matką naturą.
To uwrażliwia na całe życie, czego  nie można zapomnieć. Zanim opuścimy to miejsce, jeszcze
muszę dodać mając w pamięci, że kiedy byliśmy mniejsi i tylko chodziliśmy tym gościńcem
do szkoły, często wchodziliśmy pod ten drogowy most. Co prawda na lekkim schyleniu, choć
byliśmy dziećmi, skoro most jest niski, ale pod mostem po obu stronach brzeg jest dość na tyle
szeroki i suchy, żeby było można tam posiedzieć, przyglądać się na drobne płotki, których w każdym
miejscu rzeki nie brakowało. A kiedy już pykaliśmy papierosy, idąc ze szkoły nie raz wychodziliśmy
pod most, żeby pod osłoną mostu po sztachać się sobie Sportem. Zdarzyło się nieraz i tak, że po
nasztachaniu się papierosami, kiedy poczuliśmy lekkie omdlenie, czy nawet lekkie mroczki w oczach,
w dodatku pod mostem było cieplej i jakby mniej tlenu - szybko w strachu wychodziliśmy na drogę.
Zwłaszcza starsi chłopcy potrafili pod mostem nawet załatwiać się. I po wejściu pod most, kiedy
śmierdziało, natychmiast wracaliśmy na drogę. Jak pamiętam chyba każdemu, a nawet każdej z nas
zdążyło się, kiedy wracając ze szkoły, nagle naparło zwłaszcza przy jakimś rozwolnieniu, pod mostem
załatwić się. A więc, jak widać ten most, a raczej pod mostem służyło nam do wielu okazji i zdarzeń.
Jak to na wsi w polu wśród natury. Przecież dzieci wiejskie nie bawią się w piaskownicy, jak miejskie.
Jeżeli urodziłeś i wychowujesz się w mieście, to nasz pecha, pecha co do nas wiejskich dzieci, bo nic
nie ma lepszego, jak przebywać na łonie natury, czego nam tak jak wam w mieście nie brakuje.
Wspominając ze szkolnego dzieciństwa ten most, nie mogę też zapomnieć, kiedy wracałem ze szkoły
sam, a i kiedy z rówieśnikami, nie tylko wchodziłem pod ten most, ale i raz to od strony Łowczyk,
szedłem brzegiem koryta rzeki dokąd zmelioryzowana i wypatrywałem suma lub miętusa ewentualnie,
gdyby się pojawił, natychmiast zdejmowałem z pleców tekturowy tornister, ale z oczu nie spuszczając
ewentualnej spotkanej ryby, tak żeby nie zniknęła z widoku w wodnych zaroślach lub w obrzeżnych
faszynach koryta rzeki, zdejmowałem z nóg trampki, podwijałem spodnie aż powyżej kolan
i natychmiast wskakiwałem do wody za rybą, łowiąc ją zwykłymi rękoma.
Tym bardziej po stronie drugiej mostu to samo robiłem i jeszcze z lepszym skutkiem, bo raz,
że odległość kilka razy jest dłuższa aż do naturalnego koryta rzeki.
Klawo było jak cholera. Teraz po takich ze wcześniejszych lat wspomnieniach, trzeba wracać
na drogę do wyścigu i zaiwaniać pedałami na rowerze, bo przecież nikt za nas tego nie wcale
zrobi. A tuż za mostem i rzeką droga prowadzi pod lekką górkę i jak to po żwirze jest trzeba
użyć więcej sił, by nadążyć za grupą i koniecznie trzymać się w grupie nie odstając.
Albowiem kiedy już z tyłu grupy się zostanie, może i nie być sposobu, możliwości, okazji,
by dojść do grupy. W moim przypadku zdawałoby się, że mam rower wyścigowy, to nie mogę
mieć żadnych w wyścigu problemów. Bardzo to jest mylne, a nawet złudne, bo jak już
wcześniej wspominałem, rowerem wyścigowym na którym siedzę i pedałuję, miałbym z
chłopcami przewagę na szosie, ale nie tu na żwirowej drodze z racji węższych opon.
Dobrze, że piasek mam(y) już za sobą. Jadąc po żwirze tylko chrobocze pod kołami, a nawet
od czasu do czasu grubszy żwir w postaci kamuszyków wypstrykuje spod opon, co raczej
nie utrudnia jazdy, gdy to słyszy się, a raczej trochę śmieszy i nawet dodaje werwy otuchy
do lepszej mobilizacji. W wyścigu to wszystko nic co mieliśmy utrudniające na trasie, to mamy
już za sobą i nawet to co jeszcze czeka nas w dalszej drodze przed sobą w żaden sposób nie
zaraża nas. My chłopaki wiejskie jesteśmy zahartowanymi twardzielami.
Nie pękamy się przed niczym. Trud dla nas w wysiłku fizycznym to codzienność...
Liczy się tylko sam fakt startu. W tym miejscu z obu stron pola uprawne gospodarzy rolnych
wsi Starowlany z prawej strony pagórkowate, z lewej strony pole równe aż po łąki i olchowe
krzaki w środku ich bagno - szuwary i dużo różnego krzykliwego ptactwa idącego w gody
i wysiadującego w gwiazdach potomstwa. Chodząc ścieżką na wprost obok bagna i szuwarów
z bliska bez żadnych przeszkód można było zobaczyć nawet gniazda na kępach jak kaczek,
a nawet i dzikich gęsi. Na olchach sporo różnych gniazd pustych, zwłaszcza tych ptaków,
które rozpoczynają lęgi wczesną wiosną jak na przykład wrony. Zasiedlonych też nie brakuje,
jak na przykład dzikich gołębi. Ale w tym czasie, kiedy już i jest wyraźne zmęczenie daje
o sobie znać, wspomnienie staje się obojętne, a tylko skupienie i wysiłek fizyczny ważny
jest nad którym trzeba mnie i kolegom zapanować. A i z drugiej strony racji chłopakom w
zupełności to wszystko tutaj nie jest znane, ale przecież o to ich nie będę pytał lub o tym
opowiadał, nie ten czasu. Trzeba pedałować dalej... Nikt za nas tego nie zrobi.
A wsparcie mamy od Dobrego Chrystusa, który stoi przy każdym skrzyżowaniu dróg i od
samego Najwyższego, co patrzy na nas z wysokich Niebios. Jedziemy dalej, już zbliżamy się
do skrzyżowania dróg przed Starowlanami, po stronie prawej gospodarstwo chłopskie pierwsza
stodoła szczytem do drogi, druga obora wzdłuż drogi, za oborą dom wzdłuż też drogi.   

[ We wcześniejszych klasach do tego domu chodziliśmy na religię, co w jakimś stopniu już
opisałem. Pamiętam księdza, który nauczał religii i nie tylko za palenie papierosów rózgą bił
po dłoniach, co mnie wtedy upiekło się, a tylko brata i Rysia nie ominęło.   
Ktoś widział nas w lesie i doniósł księdzu. Opisałem to w: DZIECI WIEJSKIE NIE BAWIĄ SIĘ
W PIASKOWNICY - "Wronie gniazda". Ale i był jak wychowawca w szkole, właśnie na tym
podwórku prowadził z nami grę w dwa ognie. ]

Te gospodarstwo posiada ogromnego obszaru podwórze, z racji tej, że choć już na kolonii,
ale blisko wsi, bo tylko za skrzyżowaniem rozwidlającym w cztery kierunki drogi w lewo
do wsi Starowlany, prosto do wsi Gliniszcze Małe ze trzy kilometry, na prawo do wsi
Zwierżany z ponad dwa kilometry, a cofając się do tyłu do najbliższej wsi Achrymowce
ze trzy kilometry, wcześniej w lewo na uboczu drogi do wsi Cimanie mojej rodzinnej.

[ Na tym obszernym podwórzu, po roztopach zimowych w marcu lub kwietniu, zwłaszcza
tuż przy drodze przy samym skrzyżowaniu nagromadziło się dużo wody.
Wyglądało to jak małe jeziorko. Po nocnych minusowych temperaturach, która jeszcze
bywały, woda zamarzała, co nieraz idąc do szkoły lub wracając do domu ślizgaliśmy się.
Pamiętam. ]

Wracając widokiem na krajobraz po lewej stronie drogi, tutaj nie ma budynków gospodarstwa,
a obszar mniej więcej hektarowy w postaci łąki pastwiska. Właśnie z tej strony z racji jeszcze
niższego ukształtowania terenu, po roztopach śniegu nagromadzonej wody jest jeszcze więcej
od rowów przydrożnych rozległej aż na całą łąkę. I tutaj bardziej wygląda to jakby małe
jeziorko. Znajdując się już przy skrzyżowaniu całą grupą skręcamy w lewo do wsi i od początku
mamy już "kocie łby"* po których źle jechać, tak źle aż szczęki drżą, zęby dzwonią, skąd każdy
z nas jak najszybciej próbuje przemieszczać się ze środka drogi tuż przy krawężniku i stara się
utrzymywać tak przez całą wieś aż na końcu skończy się bruk. Nawet nie biorąc pod uwagę
tego dla renomy, kto będzie na czele wyścigu, kiedy będziemy przyjeżdżali koło szkoły,
gdzie oczekują na nas dziesiątki dzieci i nauczyciele. A już widzą nas i już nawet słyszymy,
jak kibicują wszystkim nam - krzycząc - szybciej dawajcie szybciej...
Tymczasem dreszcze po plecach przeszyły mnie -:w klatce piersiowej poczułem skurcz z tego
faktu. Nic dziwnego dla mnie, skoro jestem przecież wrażliwym chłopakiem, choć tymczasem
nie wiedzą tego obok mnie moi koledzy, tym bardziej o 500 metrów oddaleni stąd dzieci
i nauczyciele przed szkołą czekających na nas. Już przyjechaliśmy kilka domów - jesteśmy
w miejscu, gdzie chłop w szczycie obory hoduje gołębie.   

[ Za każdym razem idąc do szkoły, a tym bardziej, kiedy wracając ze szkoły do domu,
nigdy nie omieszkałem, żeby nie poprzyglądać się na gołębie, które tymczasem przebywały
na dachu lub w szczycie gołębnika tzw. klapy zamykającej wyjście gołębi ze środkowego
gołębnika w razie przybicie się cudzych gołębi lub np. przed sowami, które przy zapadnięciu
dnia w noc, potrafiły wchodzić do gołębnika i żywienia dziobaniem pożerać z gniazda pikieta
jeszcze nieopierzone. A tym czasem, kiedy sowa złodziejka, morderczyni dziobiąc pożera
nieopierzone z gniazda pisklęta, stare gołębie ze strachu zamykamy w kąt gołębnika,
iż gołębie nie mają instynktu wojowniczego zażarcie na śmierć i życie bronić swojej rodziny
swego domostwa. Jedynie samce czasami biją się w zaletach o gołębicę, ale to zawsze
działo się na dachu lub na zewnętrznym gołębniku. Jedynie samce, a nawet i samice wśród
stada, jak to jest wśród różnych gatunków ptaków, czy zwierząt, stosują hierarchię
i przywództwa, co w każdym gatunku to rozumieją i przestrzegają.
A jeśli któryś z ptaków lub zwierząt posiadający za dużo energii lub adrenaliny, co przydarza
się podczas godów lub rój i łamiące nieprzestrzeganiem zasad, przez przywódców dochodzi
do przywrócenia porządku i zasad. A z wymienionych przyczyn jeśli zbuntowani nie chcą
podporządkować się dochodzi do walki i po walce dowodzi stadem zwycięzca.
Też jak i u ludzi, tylko z tą różnicą, że u ludzie nie decyduje siła fizyczną i nie rozum,
a wykształcenie z którego zajmuje kierujące stanowisko. ]

Dzisiaj nie pora i czas podczas wyścigu przyglądać się tutejszym na dachu i na gołębniku
zewnętrznym gołębiom, a tylko przez sekundę spojrzałem i dalej kręcę pedałami...
Za oborą z gołębnikiem, dróżka polna, którą czasami chodzą dzieci do szkoły z tej samej
wsi mieszkający na kolonii. Teraz po tej samej stronie zaraz przy ulicy studnia należąca
do mleczarni i o kilka metrów dalej mleczarnia, z której wyszła pani przyjmująca od chłopów
dostawę mleka, i z wielkim zainteresowaniem przygląda się nam...   
A po lewej stronie stary wielki sad.   

[ Zwłaszcza po szkole, kiedy byliśmy wygłodzeni i burczało w brzuchu, bo gdy szło się do
szkoły na godzinę ósmą, przez co wstać trzeba było co najmniej o godzinie szóstej, żeby
wyjść z domu po siódmej dwadzieścia i w niecałe czterdzieści minut być już w klasie,
zazwyczaj nie jadło się śniadania tylko np. jedynie na szybko poza kubkiem mleka
z pajdą czarnego chleba. A o kanapkach ze sobą do tornistra do szkoły, to już nie było
mowy, chętnie po kryjomu biegliśmy w sad, żeby ukraś jabłko, czy jakąś gruszkę.
W dobroci, tym bardziej w luksusie przelewek nie było, można o tym było tylko pomarzyć.
Kiedy już maiło się złotówkę, było się kimś. Biegło się do Pomoc Chłopska i kupowało się
dużą słodką bułkę za tę złotówkę. Pamiętacie z wcześniejszego opisu:
"PIERWSZE ZAROBIONE 2 ZŁOTE" ]     

Za sadem jeszcze przed szkołą dwa gospodarstwa, to po lewej stronie, po prawej też dwa
gospodarstwa, te drugie już razem ze szkołą. Wracając do prawej strony gospodarstwa,
też posiada sad nawet duży na odległość, jak długość ogrodzenia szkolnego.

[ Ale z tej strony od ulicy nigdy nie zakradaliśmy się w sad ze względu na budynki w pobliżu
gospodarza, a od strony drugiej polnej i łąkowej - stamtąd trudniej nas małych złodziejaszków
gospodarzowi sadu było dostrzec, zatem stamtąd od spodu siatki ogrodzenia szkolnego
lub już dalej na wolnej przestrzeni wbiegaliśmy w sąd i łupiliśmy gruszki, jabłka do woli.
Klawo było jak cholera. Wy w mieście nie mieliście tego. ]

Szkoła już tuż tuż na odległość rzucenia kamieniem. A nikt z nas nie kwapi się, żeby odskoczyć
od grupy, choć na pięć metry na przykład, choćby z tej racji, żeby popisać się przed uczniami
i nauczycielami? Sam zachodzę w głowę, że tego nikt wraz ze mną nie robi, nie ma odwagi
zdecydować się na ucieczkę? Czyżby zmęczenie u chłopaków tak ogromne jest i daje o sobie
mocno już znać? Czy to jest tylko taki taktyczny plan? Czy to może jakiś wstyd ogarnia
wszystkich nas przed całą szkołą i paraliżuje wszystkich nas? Tak czy siak tak jest.
Nie. Powodem są "kocie łby" po których rozszerzoną grupą na całą ulicę źle jest jechać.
Stąd każdy z nas tylko skupia się jechać sznurem jeden za drugim przy krawężniku przy
którym do metra w kierunku środka ulicy znajduje się na bruku mocno ubity piasek, co daje
drogę jakby jechało się nie po bruku, a po drodze gruntowej nawet lepszej, niż na gościńcu.
Jedziemy jak jedziemy, ja w środku rozciągniętego peletonu, jakby ciągle czekający na
dogodne dla mnie miejsce na oderwanie się od grupy i na skuteczną ucieczkę.
To już jest w moim planie, ale spokojnie, mam przecież na to całe pełne okrążenie.
Przejeżdżamy koło szkoły - dzieci, młodzież i nauczyciele wszyscy, co są pod szkołą skupieni
kibicując nam oklasków i gardeł nie żałując zwłaszcza najbardziej zagorzale aktywne dzieci
młodsze ze swoją żywotnością spontaniczną! Klawo jest jak cholera.
Widzimy to i słyszymy i w duchu dziękujemy wszystkim tutaj zebranym szkolnym i po drodze
ludziom przypadkowym, co nas widzą. W sercu - duszy - i umyśle jestem tak emocjonalnie
mocno przewrażliwiony, że nawet nie zauważyłem Teresy w której przecież, choć tajemniczo
i wstydliwie, ale jak najbardziej prawdziwie się kocham... Ale nam nie czas to podziwiać
i serdecznie wszystkim ukłonami  dziękować. Musimy kręcić pedałami dalej...
Nikt tego za nas nie zrobi. Fajnie było przejechać koło szkoły - w sercu - duszy - i pamięci
to pozostanie... Od szkoły rozpoczęło się drugie i zarazem ostatnie okrążenie wyścigu
na którym znaleźliśmy się w trakcie... A że jest to drugie okrążenie wyścigu, to i droga jak
i krajobraz ten sam poza wyjątkiem, jak człowieka obok drogi, czy po drodze spotyka się.
A całkiem już nie wchodząc w to, czy człowiek jest ten sam, czy całkiem odmiennie nowa
osoba. Nie wspominając już przypadkowo napotkanych zwierząt na drodze, czy obok drogi
na polu. Ptaków w powietrzu, a nawet i na ziemi już byłoby to za banalne, żeby przyrodę
opisywać do znudzenia, bo przecież po jednym okrążeniu w niczym się nie zmieniło,
choć zwłaszcza ja przyrodę z natury wrodzonej dostrzegam i z uwielbieniem podziwiam...
Jedziemy dalej, znajdujemy się już na kolonii wsi Starowlany, w tym miejscu postanowiłem
odskoczyć chłopakom. Droga ta sama jak na pierwszym okrążeniu, bo w tak krótkim czasie
w niczym nie mogła się zmienić, bo to ani deszcz nie padał, ani chłopska furmanka pechowo
na drodze przypadkiem się nie rozkraczyła, a tylko z tą różnicą, że widzę!
Chłopaki ogromnie są pomęczeni i kręcąc pedałami sapią, jak parowozy.
Nie zapominam, że i ja nie jestem śpiewającym po nocy obudzonym ptaszkiem, tylko
podobnie zmęczonym. Niemniej w świetle chłopaków, tak jak popatrzyłem na nich, wydaje
mi się, że jestem, jakby mniej zajechanym - słabiej sapiącym po wysiłku, jakim jest wyścig,
czującym jakby bardziej jeszcze świeższym. Pomyślałem - może to teraz nadszedł ten czas,
żeby spróbować chłopakom odskoczyć i może coś z tego dla mnie dobrego wyniknie?
Poczekam tylko na dobry moment na dogodne podłoże drogi, gdzie nie będzie w ogóle lub
przynajmniej w mniejszym stopniu w środku kolein od wozów chłopskich wybitych od kopyt
końskimi sypkim piaskiem. A żeby nie stwarzać chłopakom odgadnięcia, jakie mam zamiary
na dalszą część wyścigu, jadę koleiną w środku grupy. Teraz zauważyłem, że w przodzie
akurat już takie miejsc się nadarzyło, więc kiedy dojechaliśmy, ot tak znienacka z lewej
strony drogi przeskoczyłem na prawą i kręcę ile sił w nogach do przodu.
Chłopaki, po zorientowaniu się, zaczęli mnie gonić. Zatem i ja raz jeszcze przyśpieszyłem
ucieczkę przynajmniej na tyle, żeby utrzymać ten dystans przewagi, jaki udało mi się
stworzyć po  pierwszym żywienia i tak kontrolować uzyskaną przewagę dystansu.
Po pierwszej próbie dojścia mnie, kiedy chłopaki przekonali się, że z braku już sił nie są
w stanie mnie doścignąć, odpuścili nie zmniejszając dystansu, jaki mi się udało wcześniej
nadrobić. W tym układzie sam też odpuszczam, żeby przypadkiem nie przechowywać,
a tylko raz po raz oglądając się do tyłu staram się utrzymywać wyrobienie przewagę dystansu.
Teraz tylko muszę zachować sportowca spokój, żeby tylko nie spalić się psychicznie i fizycznie
na trasie. Kontrolować wyścig i nie dać się, aby chłopaki do mnie doszli, bo wtedy musiałby
ponawiać odskok ucieczki. A gdy już dojadę do skrzyżowania dróg Starowlany - Wołkusz -
Łowczyki i znajdę się za skrzyżowaniem w kierunku Łowczyk, tam jest z górki, to spróbuję
wyczesać z siebie więcej sił pedałując z przygarbioną sylwetką, jak prawdziwy kolarz w
trykocie Biało-Czerwonym w Wyścigu Pokoju przemierzającym przez trzy państwa.
A i kiedy przez Łowczyki będę przejeżdżał, kto mnie zobaczy, popiszę się jaki to ja dobry.
Klawo jest jak cholera. Teraz takiego dostałem powera prowadząc w wyścigu, że nawet
przestałem czuć zmęczenie. Jadę sam i sam ze sobą ścigamy się.
I choć do tyłu nie oglądam się, wiem że choćbym i się obejrzał, nie zobaczyłbym, gdzie są
koledzy, jak daleko znajdują się w tyle. Krajobraz tego nie ułatwia, ale wiem, że zostali
z kilometr z tyłu. Czuję ogromną radość, że utrzymam to prowadzenie lub nawet i poprawię,
choć to już nie jest i konieczne, bo i to przecież nie wyścig przynajmniej dwu etapowy,
gdzie z pierwszego etapu czas zaliczany byłby do drugiego. Kręcę pedałami sam i sam
pomnażam lub dotychczasową utrzymuję przewagę. Jadąc z pochyloną sylwetką, bo i rower
z kierownicą, jak w wyścigówce do pochylenia sylwetki bardzo sprzyja.
Emocje mną targają, bo czuję się jak prawdziwy kolarz, jak w prawdziwym wyścigu.
I to mnie nie zawstydza, a dodaje jeszcze większych sił. Teraz już przejeżdżam przez
Łowczyki i z tej racji, że jestem na drodze sam, nie mam żadnych przeszkód, czy utrudnień
obok siebie uczestniczących w wyścigu kolegów. Stąd bez przeszkadzania sobie, mogę
wybrać drogi stronę tę, którą widzę za najbardziej pożyteczną w utwardzonym gruncie.
A że przez wieś jest po bruku, wybrałem adekwatnie stronę jak najlepszego i najłatwiejszego
przejechania bez jakiegoś nie daj Panie Boże upadku. Co prawda nie mogę się pochwalić
mieszkańcom wsi, jaki to ze mnie dobry kolarz, sportowiec, kiedy przejeżdżając przez wieś,
nie widzę ani jednej duszy mieszkańców. Nie wiem, czy siedzą w domu, czy w polu są?
Ale i w polu nie widać ich. Jedynie prawie już na końcu wsi, Stasio z podwórka przygląda się
mojemu wyczynowi, wiedząc o wyścigu, choćby i z racji tej, że widział nas podczas pierwszego
okrążenia. Macham do niego ręką, bo przecież i znamy się, tylko z tym, że on już nie chodzi
do szkoły, jest o kilka lat starszy. I już teraz gospodarz na roli całą gębą, akurat kiedy jego
ojciec jest listonoszem i ponad pół dnia jest poza domem. A poczta nasza aż w Zalesie,
gdzie i parafia oddalona od Łowczyk z siedem kilometrów. A jego ojciec chodzi przecież pieszo,
zajść na pocztę, wracając w kierunku powrotnym zalicza po drodze Zalesie Mieleszkowskie,
Mieleszkowce, Pawłowicze, [ a może i Litwinki ], Achrymowce, Cimanie moją rodziną wieś
i na koniec kończy dostarczanie przesyłek do swojej wsi.   

[ Ten człowiek to dopiero nachodził się, a i jeszcze często trzymały mu się takie żarty,
kiedy przynosił przekazy pocztowe i to aż z Kanady od jej syna do babci Rysia mego kolegi:
- Babppppppka w domu?   
Śmialiśmy się z tego, po czym odpowiadaliśmy:   
- Babka w domu! ]

Po kilkusekundowym wzrokowym spotkaniu ze Stasiem, mijam jeszcze trzy domy i już jestem
poza wsią. A że droga jest jak w pierwszym okrążeniu, nie ma co się powtarzać, a tylko
pedałować z lekkiej górki, co ułatwia odpoczynek. Gdy rozpędzę się i po tym przygarbię się
sylwetką i tym samym, choć z trzydzieści sekund uzyskuję czasu na odpoczynek.
Już dojechałem do skrzyżowania z gościńcem. A tutaj przecież na rozstaju dróg obok stoi
Dobry Bóg Jezus Chrystus. Zatrzymuję się - stoję - patrzę do tyłu, nie widzę nadjeżdżających
kolegów, zapewne może jeszcze są we wsi? A zatem mam czas, zapewne już koledzy nie
dojdą mnie. A jakieś nagłe załamanie fizyczne, czy nawet z wysiłku jakieś omdlenie mam
nadzieję, że to nie spotka mnie. A po drugie przecież stoję przed Najwyższym Panem Bogiem
w postaci Jego Syna. Żegnam się po czym kłaniam się i mówię:     
- Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.
[ metafora autora - tak nauczono mnie w domu i na religii ]
- Panie Boże. Jezu Święty, daj mi dużo siły i prowadź mnie do celu, którym jest dzisiejszy
nasz szkolny wyścig kolarski.
Po czy ponownie żegnam się, wskakuję na swoją kolarzówkę, skręcam w lewo na gościniec,
po około stu metrach powtarza się miękki piasek, zeskakuję z roweru - szybkim biegiem,
ale bez paniki pokonuję ten utrudniony odcinek drogi i wskakuję na rower - kręcę pedałami
już nie mając przed sobą żadnych przeszkód, tylko droga żwirowa gościńca i tylko ja jedyny
samotny kolarz na drodze. Nawet nie napotykam żadnej furmanki obojętnie w którym kierunku.
Ptaków, zwierząt, owadów, a nawet krajobrazu już nie wspominam, co jest niezmienne jak w
pierwszym okrążeniu. Tylko szybciej, choć powtarzam sam sobie, ale bez paniki, kiedy mam
taką kolosalną przewagę nad kolegami, że nawet, z całym szacunkiem, nie dogoniłby mnie
sam Mistrz Ryszard Szurkowski. Nie z tej racji, że ja mistrz kolarski, tylko z tej racji, że już
zostało mało dystansu do mety. Już czuję, jak na mecie uniosę ręce do góry, jak prawdziwy
kolarz, który wygrywa etap kolarskiego wyścigu. ...Ale klawo będzie jak cholera.
Ja Miecik tak nazywany w szkole ...jako pierwszy przekroczę linię mety szkolnego wyścigu
kolarskiego. ...Zaimponuję Teresie. Już czuję się niepokonanym zwycięzcą.
Z tego faktu aż pierś rozpiera z wrażliwości i emocji... A moja z natury wrażliwość jeszcze
ku temu dodaje wzruszającej pikantności... Tymczasem przejeżdżam most i rzekę mając po
jednej i drugiej stronie. Ale nie wracam do wspomnień, jak podczas pierwszego okrążenia,
a skupiam się nad podjazdem pod lekką górkę wkładając w pedałowanie więcej sił, żeby ją
pokonać bez większego uszczerbku utraty sił, jakie jeszcze aż do mety we mnie tkwi.
Na mecie po wyścigu wreszcie od zmęczenia fizycznego odetchnę.
Ale z pewnością od wrażeń i natchnień z pewnością nie. Już czuję jak we mnie buzują emocje
i wrażliwość... Teraz po głowie mi chodzi nie już wygrany wyścig, którego i tak jeszcze nie
ukończyłem, a Teresa w której miłośnie bujam się na całego... Już znajduję się na całej
prostej aż do rozjazdów w cztery strony świata w którym są najbliższe wioski.
Dojechałem już do skrzyżowania i po skręcie w lewo pozostała mi tylko jedna prosta przez
wieś szkolną aż do mety przy szkole. "Kocie łby" swobodnie omijam jadąc tuż przy krawężniku.
A od tego miejsca już widać na ulicy dzieci i młodzież szkolną, którzy czekają na nasz przyjazd.
Kiedy ja widzę ich, oni widzą z pewnością też i mnie. Nawet zauważyłem wielki dzieci ruch
i młodzieży przemieszczającej się z jednej na drugą stronę ulicy. To, że wyścig mam już wygrany,
o tym dobrze wiem. Ale kiedy za niedługo przekroczę linię mety, jako pierwszy najlepszy w tym
naszym szkolnym wyścigu kolarskim, muszę z tym skupieniem się uporać i z tym wszystkich
kto na mecie obecny czeka na mnie. Już dochodzą do mnie okrzyki:
"Jedzie! Jedzie! Jedzie! Tylko jednego widać!" Ciarki po mnie przechodzą z tego faktu, który
jest jawą, a nie żadnym przecież snem. Dumą i radość rozpiera mnie...
Trzeba uporać się z tym i pokazać wszystkim, jako to ze mnie twardziel.

[ W startach sportowych, a nawet i w zwycięskich już miałem do czynienia, kiedy brałem udział
w biegach narciarskich w powiecie Sokółka i u siebie w szkolnych zawodach. To i bez problemu
i dzisiaj sobie poradzę. ]

Ostatnie metry wyścigu przede mną. Kręcę pedałami, jak szalony z sylwetką pochyloną na
rowerze, jak prawdziwy kolarz, żeby przypodobać się Teresie. Zapewne mnie widzi.
Od krawężnika odbijam na sam środek ulicy, choć niewygodnie jechać po bruku.
Ale jestem sam, nikt mi nie przeszkadza na drodze, to i wywrotka spada prawie do zera.
A to z tej racji zjechałem na bruk samego środka ulicy, żeby przekraczając linię mety,
podnieść ręce do góry na samym środku ulicy tak, żeby był dla wszystkich tutaj obecnych
najbardziej widocznym do zademonstrowania mego zwycięstwa i żeby to było jak najbardziej
spektakularne dla wszystkich obecnych, a zwłaszcza dla nauczycieli i dla Tereski.
I też, jak to robią kolarze w Wyścigu Pokoju, kiedy przekraczają linie mety jako pierwsi.
Po obu stronach mety rozchodzi się niesamowity krzyk dzieci i młodzieży szkolnej.
Już tuż tuż jestem przed metą - wyciskam ze swoich nóg wszystko co mam jeszcze,
a na dziesięć metrów przed metą podnoszę się sylwetką do góry - puszczam kierownicę -
unoszą ręce do góry, jak prawdziwy kolarz, jak robi to Szurkowski lub Szozda.
I tak przekraczam linię mety jako zwycięzca! Za linią mety wyhamowałem i zwróciłem, patrzę
czy nadjeżdżają chłopaki. Ale na całej długości aż do początku wsi i zarazem skrzyżowania,
chłopaków pojawiających jeszcze nie widać. Spocony, ciężko oddychający i zmęczony,
podpałem rower o szkolny płot, po czym usiadłem na trawnik, czekając na przyjazd
chłopaków, choć ich dalej ani śladu widoczności. A gdy już przyjadą na metę, jak będą się
ścigać na mecie i który z nich jakie miejsce zajmie, to już dla mnie sprawa drugorzędna.
Jak zrobiłem swoje, wygrałem i to tylko liczy się dla mnie. Tymczasem mimo zmęczenia,
szukam wzrokiem Teresy, ale ze wstydu do niej nie podchodzę. To co czuję do niej, przekazuję
jej to myślą i wyobraźnią... Szkoda, bo zapewne o tym nie wie. Też i nie wiem, co tymczasem
ona czuje do mnie?

[ Prócz rzucania kartek z ławki w jej stronę: Kocham Cię! Nigdy w jawny sposób tego jej nie
wypowiedziałem. Wstydliwość zawsze paraliżowała mnie. ]

Nagrody za zwycięstwo w szkolnym wyścigu kolarskim szkoła nie przewidziała poza samym
zorganizowaniem wyścigu. Nagrodą dla mnie stała się sama satysfakcja, że brałem udział
w wyścigu i wygranie go. Klawo jest jak cholera. Ciesz się życiem tam, gdzie mieszkasz.
Kochaj te strony skąd pochodzi.

  Objaśnienie: "kocich łbach - kocie łby"* - autorowi chodziło o bruk uliczny.

27

Odp: DZIECI WIEJSKIE NIE BAWIĄ SIĘ w PIASKOWNICY - BIOGRAFIA CHŁOPCA

.

SKOJARZENIE  ŚWIĄT  BOŻONARODZENIOWYCH


Śniegu patron, tonące konie w nawianych "kurhanach"*,   
wyprawa do lasu po choinkę - cisza głucha w lesie,
rozgrzane ręce, ciało, zimna siekiera -
przymarznięcie języka do siekiery, gdy się dotyka -
sprawdzanie bohaterstwa lub głupoty.

W domu podniecający nastrój, kalendarz na Nowy Rok,
świece na choince i zapach podczas palenia się świec,   
Wigilia - podlaska kutia, cukierki na choince, bombki,
wzorki kolorowe z papieru, schody posypane piaskiem,
kolęda. I ta bezwzględna zima.   

Objaśnienie: "kurhanach, kurhany"* -  w języku etnicznym
autora po prosty duże zaspy śniegu.



POWIATOWE  ZAWODY  JUNIORÓW  W  BIEGACH  NARCIARSKICH  W  SOKÓŁCE


Na tegoroczne zawody na przystanek PeKaeS w Starowlanach przy szkole na nartach
przybiegłem tyko sam. Brat Stasio i nasz kolega Rysio tym razem nie biorą udziału,
bo już nie chodzą do szkoły. A jak już nie chodzą do szkoły to i nauczyciel od wychowania
fizycznego pan Jan już ich nie powiadamiał o wzięciu udziału w biegach narciarskich.
Prócz mnie na przystanek przyszedł tylko kolega Stasio ze Statrowlan i jest nas dwóch
z naszej szkoły, bo tylko my obydwa zostaliśmy zakwalifikowani do udziału w zawodach.
A więc jedziemy autobusem na zawody w biegach narciarskich i to o randze aż powiatowej
tylko my dwóch. Tym razem jestem w lepszym komforcie, niż w poprzednich zawodach,
( kiedy to przyjechałem na zawody bez własnych nart, gdyż nie chciałem nart "Podhale",
a wolałem bardziej biegowe "Gorce", musiałem zdejmować obuwie chłopskie gumiaki,
których się wstydziłem, zamieniając się z bratem na buty wraz z nartami, żeby wziąć udział
w biegach ) mam po bracie wraz z butami swoje narty, więc i choćby z tej dogodnej i
sprzyjającej mi lepszej sytuacji, i w dobrym położeniu będę mógł bez jakichkolwiek
nieudogodnień przystąpić do zawodów. A i emocjonalnie jestem mniej pobudzony, niż w
ubiegłym roku, także i stres nie paraliżuje, przez co zachowam więcej spokoju, a co za tym
idzie i więcej pozostanie sił na bieg w samych zawodach. Trasa biegu też jest ta sama,
jak w ubiegłym roku, co także pozytywnie wpłynie na bieg, znając na pamięć już podbiegi,
zjazdy, jak i teren płaski, rozkładając siły na dwa okrążenia. Pan Jan od wychowania
fizycznego i zarazem wychowawca też jest z nami. A kiedy nie jechał z nami autobusem,
musiał wyjechać ze stancji w Starownanach, gdzie szkoła, na przykład dzień wcześniej.
A, że pochodzi z Wasilkowa, może już w sobotę odwiedził rodzinny dom i na jutro czyli dziś
wrócił do Sokółki, gdzie przed wyjściem do lasu Buchwałowo na zawody, zgromadziliśmy się
przy LOK*, podpisaliśmy listę wzięcia udziału w zawodach i stąd do lasu na trasę biegową.
Piesza droga do lasu nie sprawia nam żadnego problemu, po prostu bierzemy to jak za zwykłą
rozgrzewkę przed biegiem. Pogoda słoneczna sprzyja tym bardziej, choć na minusie -10 °C.
Od miasta drogi do lasu na trasę biegową ze dwa kilometry. Idziemy w szyku sportowym,
co tylko zmarznięty śnieg skrzypi pod stopami. W lesie na polanie leśnej jest o wiele cieplej,
niż na zewnątrz lasu, gdzie idąc był odczuwalny raz po raz powiew wiatru, a tutaj jest cicho
i bezwietrznie, jakby wiatr nie dochodził, bo i przecież ściana leśna już na obrzeżach wiatr
wyhamowuje. Ciepło i przyjemnie, że tylko rozebrać się z kurtek do swetrów i szykować się
do biegu. Świadomie użyłem słowa do swetrów, bo dresów sportowych do biegu nie mamy,
ani LZS Starowlany, ani szkoła nie posiada na wyposażeniu, żeby wydać nam do treningów
i zawodów, ubrani jesteśmy po swojemu, kto jak się ubrał tak jest ubrany.
Przecież nie jesteśmy sportowcami zawodowymi, tylko amatorzy, to i nie mamy dresów na
wyposażeniu. Cieszmy się w ogóle, że mamy narty. Przecież to nie Zakopane i nie PZN, gdzie
biegacze mają wszystko, co potrzebne do treningów i zawodów. Numery startowe każdemu
zgłoszonemu do biegu przydzielone. Sędzia przez megafon poinformował do przygotowania
się do startu według numerów startowych! Echem po polanie leśnej rozeszło się, aż z tego
faktu ciarki po plecach przeszły mi. Szukam wzrokiem chłopaków według numerów startowych,
żeby za nimi ustawić się do startu. Trzeba być przygotowanym, kiedy co minuta jeden po
drugim biegacz po wyczytaniu przez sędziego i danego znaku do startu ruszyć na trasę
biegową. Już czas przeszedł i na mnie - ustawiłem się na linii startu, kijki wbiłem w śnieg,
sylwetką lekko pochylony do przodu, sędzia spogląda na stoper - po czym odlicza - pięć, cztery,
trzydzieści, dwa, jeden, start! Ruszyłem z miejsca, jak lekkoatleta ze startera, biegnę kijkami
odpychając się, aż śnieg wyrywając i spod kijów rozrzucając za sobą. Siły mam dość, a nawet
powiedziałbym co niemiara, choć biegnę swoim wyuczonym rytmem... Trasa tak sama, jak z
ubiegłego roku, tylko z tym, że tym razem do przebiegnięcia dwa okrążenia w sumie pięć
kilometry. Trasa prowadzi pod lekkie zniesienie terenu, ale w biegu nie sprawia większego
użycia sił. Cały czas rytm biegu jest zachowany. Tylko bieg i biec przed siebie, nie oglądać się
za siebie. A wypatrywać zawodnika przed sobą. Teraz płaskim terenem trasa biegowa prowadzi,
rytm biegu jednostajny, biec i tylko biec, mijając po obu stronach stare olchy, świerki i
miejscami wśród starodrzewia młody różnogatunkowy las. Fajnie jest, czuję się sportowcem,
przepełniony po brzegi uczuć wzruszeniem... Ale to mnie nie paraliżuje, a dodajemy do tej
mocy powera. Będę biegł tak, żeby nikt mnie nie dogoniłby, a starał się tak, żeby gonić
zawodnika przed sobą. Leśne powietrze biegowi sprzyja, temperatura w sam raz, jak to w lesie,
co tylko biec i chwalić Boga. Nogi nie więdną, skurczu brzucha nie mam, jak rok temu.
Biec i tylko biec, biec i tylko biec aż do mety... Ale trzeba pamiętać, żeby rozumnie rozłożyć siły
tak, żeby nie opaść z sił, bo i z drugiej strony w tym roku są dwa okrążenia biegu z racji tej,
że o rok starszego rocznika, niż w zeszłym roku. A przecież nie jestem wyczynowym sportowcem
tylko zwykłym wiejskim amatorem, który biegnie nie według wyuczonych reguł i zasad wytycznych
przez trenera. Na szczęście wszyscy, którzy bierzemy udział w zawodach jesteśmy w tym samym
położeniu poza może wyjątkiem zawodników z Sokółki? Ale w większej ilości więcej jest nas
z okolicznych wiosek z powiatu sokólskiego. Tutaj nie tak liczy się technika biegu, której może
nikt z nas nie ma, a wytrzymałość fizyczna, której na szczęście mi nie brakuje. My chłopcy z wiosek
jesteśmy bardziej odporni i wytrzymali na wysiłek i zmęczenie fizyczne, niż chłopaki wychowane
w mieście Sokółka. A choćby i z tej racji, że od małego dziecka pracujemy fizycznie we własnych
gospodarstwach, a w przypadku moim nawet jeszcze dodatkowo i u różnych gospodarzy we wsi,
co dało nam zahartowanie i wytrzymałość fizyczną. A ci, którzy i choćby mieli technikę biegu,
a w razie szybko słabną odpornością fizyczną na zmęczenie, u takich bieg szybko siądzie?!
Mam nadzieję, że mnie to nie dotknie. Biegnę i nie czuję zmęczenia - zbliżam się już do mety
pierwszego okrążenia i cały czas czuję się nadzwyczaj świeżo. Jeszcze zostało tylko zjechać
z góry, gdzie można przykucnął i trochę odpocząć. A już na płaskim terenie, gdzie jest leśna
polana w ciszy bezwietrznej i zarazem tutaj start i metą i rozpoczęcie drugiego okrążenia.
Biegnę po prostej płaskiej z impetem odpychając się kijkami raz na jedną nogę raz na drugą...
Start zawodników był wypuszczony w dostępie co minuta, to choćby stąd nie widzę przed sobą
na polanie zawodnika. Ale to nie znaczy, że nie mam jakiegoś czasu przewagi, bo przebiec polanę
i wbiec w las zajmuje o wiele czasu mniej. W granicach przed metą na mecie i za metą wszyscy
zawodnicy i zawodniczki co brali już udział w zawodach lub będą jeszcze brać skupieni, kibicują
każdemu zawodnikowi, który pojawia się na otwartej polanie... Przebiegając tutaj stresu żadnego
nie czuję, już oswojony z zeszłorocznego startu. Zostało jeszcze zaliczyć drugie okrążenie i będzie
meta, nie mówię, że upragniona, bo wcale nie odczuwam zmęczenia. Pierwsze okrążenie przebiegłem
całkiem swobodnie i czuję, że i tak będzie do mety. Podczas drugiego okrążenia, również nie widzę
przed sobą żadnego zawodnika i sam nie wiem, czy czasu nadrabiam, czy też do biegnących tracę?
Ale do tyłu się nie oglądam, trochę ze strachu, czy kogoś do mnie się zbliża. Za polaną, podbieg pod
górkę pokonuję równym rytmem, jak po płaskim współpracując kijkami z nartami - a napędem biegu
są mięśnie rąk i nóg. Ze mną w biegu tylko odgłos wbijanych kijów w śnieg i szelest po śniegu nart...
Po obu stronach tylko stary ogromny wiekowy sosnowy I świerkowy las, a między sosnami i świerkami
mniejsze krzaki i krzaczki. W lesie ciepło jest, nie czuję żadnego chłodu, czuję się jak w wiosenny
bezwietrzny ciepły dzień. A z drugiej strony, kiedy biegnę w drugim okrążeniu już, a jedno okrążenie
to dwa i pół kilometra, spocony jestem - włosy mokre, lecz oddech zdrowy przy powietrzu  leśnym
i żadnej zadyszki, rozstroju żołądkowego również też. Nagle słyszę, jak dzięcioł w drzewo wali.
Pomyślałem - jak w wiosnę jest, choć po śniegu biegnę. Wzbudził we mnie najpierw zachwyt,
po czym dodał jeszcze większego wigoru, niż w sobie mam, żeby biec z zapałem aż do mety
po zwycięstwo, a jeśli to niemożliwe, to po dobre choć w szóstce miejsce. Jeszcze dwa
kilometry wysiłku i będzie meta i koniec biegu i zawodów. Ale póki co, jestem na trasie sam
i po obu stronach ze mną tylko las. O nie, co ja widzę, zająć jak wystraszony na 10 metrów
przede mną przeciął trasę. Dobrze, że to nie czarny kot. I jak szybko mi się pojawił tak szybko
znikną wśród mniejszych gęstych sosen i świerków.,Może szelest mego biegu spod kępy i
krzaczka obudził go. Może to będzie jakiś dobry znak na moją wygraną dziś? Oby tak było.
Niech tak będzie. Niech tak się stanie. O to jest pytanie samego do siebie. Odpowiedzi, choć
sam sobie nie mogę dać. Nic też się nie stanie, gdy obojętnie które miejsce zajmę.
Sam start jest już czymś wielkim dla mnie. Ważne, że w biegu nikt nie dogoniłby mnie,
że nikt nie wyprzedził mnie. Czuję, że będzie dobrze. Jeszcze kilometr, jeszcze pół kilometra
i okaże się które zajmę miejsce. Teraz biec i tylko biec aż do mety, nie po medal, bo w tych
powiatowych zawodach medali nie dają, ale dla samej swojej satysfakcji. Hop w śnieg lewym
kijkiem i we współpracy z prawą nogą i tak na przemian aż do mety, choć przed metą na
płaskim równomiernie, jak to robią biegacze w telewizji. W biegu już się zbliżam tu, ( gdzie rok
temu, z górki nie wyrobiłem zakrętu i wpadłem z toru w młode krzaczki )
Dziś bardziej doświadczony i pamiętając ten incydent przed sobą samym, bo nikt tego nie
widział prócz lasu, może ptaków i zwierząt oraz na pewno Bogiem, tego nie powtórzę, skupić
się muszę na całego do tego zakrętu. A po tym kawałek podbiegu, który zbytnio nie powinien
zmęczyć - po nimi długi i bezpieczny zjazd, podczas którego można nieźle odsapnąć, by na koniec
na polanie na samej prostej dać z siebie wszystko, co zostało jeszcze w organizmie w zapasie .
Już blisko coraz bliżej ostatniego zjazdu i upragniona meta nie ze zmęczenia, a z tego jakie się
zajmie miejsce? Na samej górce przed zjazdem jeszcze kilka razy kijkami się odepchnąłem i już
podczas zjazdu sylwetką przygarbiłem się, żeby jak najmniej był odczuwalny opór powietrza.
Podczas zjazdu odpoczywam - równomiernie oddycham - nabieram sił do finiszu.
Już z górki zjechałem nabrawszy do płuc sporo tlenu - i biegnę po ostatniej prostej przed metą
na pięknej i ciepłej polanie. W rytm rąk i nóg odpycham się kijkami raz to na przemian - raz to
równomiernie. Gwar i krzyk zebranych na polanie na mecie. Przy każdym odepchnięciu się kijkami
krzyk rozbiega się po polanie: "Hop hop. Hop hop. Hop hop. Serce rośnie, że się jest uczestnikiem
biegu. Przed metą ostatnie odepchnięcie kijkami: raz, dwa, trzy i metą. Koniec wysiłku i biegu.
Nawet zbytnio nie jestem zmęczony. Bieg nawet poszedł gładko. Zszedłem z toru na bok,
prócz szybszego oddychania i spocenia nic mi nie jest. Po ukończeniu biegu ostatniego zawodnika
nie podszedłem do sędziego, jak rok temu spytać jakie zająłem w biegu miejsce.

Na jutro w szkole już na pierwszej lekcji nauczyciel wychowawca pan Jan przychodzi do klasy
z teczką i dyplomem, kładzie na nauczycielskim stół, siada na krześle, po czym woła mnie.

- Miecik, podejdź tu do mnie!

Zanim podejdę do nauczyciela, już od razu domyśliłem się, że wczoraj wygrałem zawody
i że to dla mnie jest nagroda. Z lekką wstydliwością przed uczniami, definitywnie przez
długość całej klasy, bo siedzę w ostatniej ławce, podchodzę do nauczyciela.
Nauczyciel pan Jan podaje mi rękę i wręcza dyplom gratulując za zajęcie pierwszego miejsca
w zawodach biegów narciarskich i do tego jeszcze przekazuje teczkę jako nagrodę.
Nie żaden szkolny tornister, a zwykłą teczkę, jak noszą dorośli ludzie do pracy urzędnicy,
a nawet robotnicy. Będąc miło zaskoczony tym faktem, wzruszony, a nawet zdziwiony,
kiwnięciem głowy podziękuję pany Janowi i wracam z dyplomem i teczką do ławki.
Cała klasa w ciszy temu wszystkiemu się przygląda. A mnie duma rozpiera, choć w ciszy,
ale rozpiera... Dziś dla mnie już nie ma lekcji, oglądam i czytam dyplom, oglądam teczkę...
Widzę, że i nauczyciel pozwala mi na to, nie przywołując mnie do uwagi i koncentracji nad
przedmiotem, który na lekcji jest omawiamy. Tuż przed przerwą, pan Jan powiedział:

- Miecik, dyplom przynieś z powrotem. Zostanie w szkole.

Tak jak powiedział nauczyciel, tak wykonałem polecenie.
Teczka przyda mi się, będę nosił książki i zeszyty oraz przyrządy do pisania w teczce, jak
urzędnik, a nie z tektury w tornistrze na plecach jak chłopiec. Klawo jest jak cholera.

Objaśnienie: LOK* - Liga Obrony Kraju ( dla nierozeznanych młodszych czytelników )
popularne w czasach PRL-u )



WOJEWÓDZKIE  ZAWODY  JUNIORÓW  W  BIEGACH  NARCIARSKICH  W  SUPRAŚLU


Zima w samym środku jej obecności. Śniegu u nas pod dostatkiem i mrozy siarczyste,
jak to bywa na Podlasiu. Trener z Sokółki w czwartki nadal przyjeżdża nas trenować za
pośrednictwa Ludowego Związku Sportowego w Starowlanach, w który najbardziej
zaangażowany jest Edek i jednocześnie jako najgłówniejszy założyciel LZS w Starowlanach,
choć wcale nie biega na nartach. I nasza szkoła jako Szkolne Koło Sportowe z panem Janem
od wychowania fizycznego i zarazem mojej klasy wychowawcą. Super nauczyciel pod każdym
względem do nauki i sportu. Odbyły się już zawody w biegach narciarskich juniorów o
mistrzostwo powiatu sokólskiego. Jak wiadomo zająłem w tych zawodach pierwsze miejsce -
piastując z dumą mistrza powiatu sokólskiego. Zanim trener z Sokółki autobusem PKS-u
przyjedzie, jest godzina między 14, a 15, co już mamy po lekcjach. Autobus nie za każdym
razem przyjeżdża regularnie według rozkładu, bo i przecież nie ma co się dziwić i się
spodziewać punktualności skoro zima u nas siarczyście mroźna i w dodatku śnieżna, co często
są i zaspy, która zanim "det" lub "stalinowiec" odgarną, są kłopoty w dojazdach, przez co i
autobusy PKS-u z regularnymi kursami mają problemy. Gdy mamy już po lekcjach i w razie
jeszcze nie ma trenera, czekając, biegamy koło szkoły. A w razie, kiedy trener już jest, z
trenerem biegniemy do lasu, gdzie mamy trasy biegowe. Dużo nie ma nas, kilku chłopaków.
Na wsi chłopcy nie garną się do sportu, tak jak np. w Sokółce, a zwłaszcza zimą, kiedy każdy
woli żeby jak najszybciej być po szkole w domu. Mnie to wcale nie dotyczy skoro ja jak fanatyk
ze smykałką do sportu. Jak już wiadomo, mój brat Stasio już nie chodzi do szkoły, choć w
biegach liczył się. Rysio też już nie chodzi do szkoły, choć akurat w biegach słabiej ode mnie
i mego brata się liczył. Nie ma ich tutaj, brat w domu, Rysio wyprowadził się z rodzicami ze
wsi w tzw."górki" i stamtąd ze stacji PKP Czuprynowo pociągiem dojeżdża do zawodówki
w Sokółce. A te chłopaki, które są ze mną słabi są w biegach, jedynie Stasio ze Starowlan
trochę się liczy. Po dzisiejszych treningach trener wybierze i wskaże kto ma pojechać na
zawody do Supraśla? Trening się odbył - pobiegaliśmy po lesie, ale trener nie wspomniał nic
o żadnych zawodach. A prosto z Sokółki poinformował naszego pana Jana o zawodach
wojewódzkich w biegach narciarskich juniorów w Supraślu. W szkole podczas przerwy pan
Jan przyszedł do klasy i powiedział mi:     

- Miecik, jedziesz na zawody do Supraśla. Brat też. Powiedz bratu, że jutro ostatnim autobusem
jedziecie do Sokółki. W Sokółce trener będzie czekał na was na dworcu autobusowym, po
czym zaprowadzi was na stancję na nocleg, tam przenocujecie. W sobotę o 6-tej rano
pociągiem pojedziecie z Sokółki do Białegostoku bez trenera, sami. W Białymstoku na
przystanku autobusowym dołączycie do grupy i autobusem pojedziecie do Supraśla.

Kiwnąłem głową, że dobrze, że się zgadzam. Takim gestem co tylko odpowiedziałem, nic
nie pytając dalej o żadne szczegóły. Jedziemy na zawody do Supraśla i to aż na zawody
wojewódzkie. Zaszczyt i duma mnie rozpiera. Podniecony jestem tym faktem. Czuję się
sportowcem. Klawo jest jak cholera. Po powrocie ze szkoły do domu, powiedziałem bratu:

- Wiesz co, bracie, mam tobie dobrą nowinę! Na pewno ucieszysz się?! Nauczyciel od
gimnastyki pan Jan powiedział, że mamy jechać na zawody do Supraśla.

Brat Stasio przyjął tę wiadomość z dużą uciechą radości, zatarł ręce, jak to robią chłopi nie
z uciechy, a z zimna i wykrzyknął:

- Dobrze. To jedziemy.

( Jak wiadomo brat już nie chodzi do szkoły, to i nie biega na nartach, a jeżeli biega to o
wiele mniej, niż to było, kiedy chodził do szkoły. W dodatku nie chodząc już do szkoły, jak
jeszcze ja, już więcej pali papierosów, a i już nie raz nie dwa, gdzieś tam u kogoś, do kogo
chodzi do różnej roboty, i wypije. Na wsi, jak chłopcy robią z chłopami przy różnych robotach,
to czy mają po 14, 15, 16 lat bez różnicy, dają im napić się wódki. No chyba, że któryś
chłopiec odmówi, to dadzą mu spokój, raczej na siłę robić z niego mężczyznę nie zmuszają. ]

Myślę, że z tego powodu Stasia kondycja sportowca jest słaba. Jestem przekonanym, że lepiej
może być u mnie, kiedy chodzę jeszcze do szkoły, przez to niej palę papierosów tyle, co on.
Chodząc jeszcze do szkoły, jedynie mogę z innymi chłopakami pokurzyć, kiedy dziewczyny
mają gimnastykę, wtedy chłopcy mają godzinę wolną. Wtedy można pobiec do ubikacji
oddalonej o sto metrów od szkoły lub w lasek za boiskiem LZS. Ale teraz, kiedy środek zimy,
dziewczęta nie muszą się rozbierać do strojów gimnastycznych, wychowanie fizyczne mamy
razem. To i z paleniem trudniej, albo w ogóle niemożliwe. Kiedy nie jest możliwe pokurzyć
w czasie szkoły, da się wytrzymać do powrotu ze szkoły. A podczas powrotu po drodze można
tyle nasztachać się papierosem, schowanym w dziupli olchy lub pod korzeniem w woreczku
foliowym chroniąc przed wilgocią, w miejsce w olchowych krzakach nad rzeką aż otumani
papieros na krótki czas. Kiedy wrócę ze szkoły, poję ciepłej zupy z wkładką mięsa tzw. u nas
"bulonu". I jeśli sieczkarni ręcznie przy ojcu nie trzeba będzie kręcić, trenując z bratem zrobimy
na nartach ze dwa okrążenia wkoło wioski. A jeśli sieczkarnia nas nie ominie, też zanim ściemni
się, potrenujemy. Przecież pojutrze mamy rangi aż wojewódzkiej zawody. ...Noc będzie
niewyspana dumek i przeżyć - czekając na biegi narciarskie. A jutro po szkole szybko do domu,
przed wyjściem dobrze pojeść i biegiem narciarskim przez wieś na przystanek autobusowy
zabrać się ostatnim autobusem do Sokółki na nocleg, jeszcze nie znanym gdzie. Na przystanku
żadnej żywej duszy, tylko dwóch my, czekamy przez jakiś czas zanim przyjedzie autobus.
A, że ciemność w zimie szybko zapada, stoimy i z zimna tupiemy nogami w całkowitych
ciemnościach, tymczasem narty oparte o wewnętrzny przystanek, a w dodatku w gołym polu,
albowiem przystanek usytuowany jest między wsią naszą Cimanie i wsią sąsiednią Achrymowce.

( Pierwotnie przystanek autobusowy był usytuowany w samym środku wsi Achrymowce,
ale naszej wsi mieszkańcy nie chcieli chodzić na przystanek w wiosce, raz że pół kilometra
dalej, drugi raz nie chcieli, żeby m. in. na przykład nie przyglądali się ciekawscy wioski, kto
i kiedy przyszedł na przystanek z naszej wioski jechać do Sokółki lub kto i kiedy wracając
wysiadł na przystanku. To niejako możliwa fikcyjna anegdota przeze mnie wymyślona,
ale jak pamiętam jest w tym sporo prawdy, bo i wcześniej podobne opinie słyszalne były
w naszej wsi. A całym pomysłodawcą był sołtys naszej wsi, żeby przenieść przystanek
autobusowy z Achrymowiec bliżej pomiędzy obiema wioskami naszej i ich. Pamiętam jeszcze,
jak sołtys zbierał podpisy w naszej wsi, co każdy z chęcią dał podpis, kiedy to i leży w naszej
korzyści, po czym podanie złożył do powiatu Sokółka, po czym jak widzimy pozytywnie było
rozpatrzone. )

Pół biedy w tym, bo na szczęście budka przystanku chroni nas przed siarczystym mrozem
i w dodatku przed zimnym wiatrem. Mróz taki, że nawet przy minimalnym lekkim stawianiu
nóg, śnieg skrzypi pod stopami. Już, choć nie widać, ale słychać warkot nadjeżdżającego
autobusu w wiosce, a teraz kiedy wysunął z wioski swój łeb, widać i autobus. Bierzemy narty
i z przystanku przechodzimy na drogą stronę drogi, dopasowując się do drzwi wejściowych
autobusu. Kierowca, widząc nas, zatrzymał autobus na przystanku, brat wsiada pierwszy,
ja za nim. Kierowca od razu:
- A wy gdzie, chłopcy, z tymi nartami?

Brat Stasio odpowiada:
- Na zawody wojewódzkie do Supraśla.

Kierowca:
- To zawody nie w Sokółce, a aż w Supraślu?

Brat Stasio:
- Tak. Jutro i pojutrze zawody.

Kierowca:
- O, to super, chłopcy.
Ze wsi, a tacy sportowcy.

Brat Stasio:
- Proszę dwa bilety do Sokółki.

Autobus pusty, ani żadnego pasażera prócz nas. Kierowca wydał bilety, wziął pieniądze,
autobus w pracy, a zatem bieg wrzucił i ruszył w drogę. Przechodzimy z nartami w sam
koniec autobusu, autobus nagrzany, ciepło jak w domu przy piecu. Ciepło, miło i przyjemnie,
że nawet warkot autobusu nie przeszkadza, a nawet cieszy, kiedy rzadko jest się podróżującym
autobusem. Widzę, że prędkość autobusu nie jest zbytnio szybka, śnieg, choć ubity na drodze,
to i tak nie ułatwia szybszej prędkości, jak w okresie nie zimowym. Ale zapewne kierowcy nie
śpieszy się, w sumie jedzie według regulaminu bez opóźnienia, nam przecież tym bardziej
nie śpieszy się. Dla mnie w sumie, czym autobus jedzie dłużej, tym lepiej, skoro lubię jechać
autobusem z racji rzadkiego korzystania, a w dodatku już ciemno, co dodaje większego waloru
podróży. Światło z szyb miga po śniegu z obu stron drogi. Na pierwszym przystanku w
Starowlanach autobus nawet nie zatrzymuje się, bo i nikogo nie ma  czekającego, to i po co.
Jedziemy dalej... Następny przystanek w Popławcach, ale zanim autobus zawlecze się,
kilkanaście minut minie, choć to tylko w sumie cztery kilometry, ale po śniegu, choć ubitym,
niemniej jazda jest dość powolna. Na zakrętach nawet jest odczuwalne jak lekko zarzuca
autobusem. Ale strachu nie odczuwam. Stasio z pewnością tym bardziej. Wierzę w zdolności
i w wprawę kierowcy. Bez problemów autobus zajedzie do końcowego celu, którym jest dworzec
P.K.P. Sokółka. Choć ciemno, i prawie nic nie widzę, mój wzrok jest skierowany na zewnątrz
autobusu. Cieszą mnie migające po śniegu światełka na pobocze drogi. A moje myśli już są
skierowane w zastanawianiu się, jak tam będzie na zawodach w Supraślu? Autobus już dotarł
do Popławiec. I tutaj jak w Starowlanach nikogo nie ma na przystanku do Sokółki. A to już
ostatni przystanek. Stąd zostało tylko osiem kilometrów prostą drogą szosą nawet dobrze
odśnieżoną - widać asfalt, pod górkę - z górki kilka razy i tak aż do Sokółki. Siedzimy dwóch,
jak jacyś lordowie prawie w pustym autobusie, jadąc do celowego końcowego przystanku.
Wreszcie, choć bez trudów autobus zakulał się na miejsce. Wysiadamy z autobusu, narty
trzymając pionowo. Trener już na nas czeka nie w poczekalni na dworcu P.K.P., gdzie nie
musimy iść, choć to tylko ze sto metrów, a tutaj na przystanku autobusowym, podchodzi,
wita się z nami.
- Chłopaki, ja was zaprowadzę na kwaterę, tam przenocujecie.
A jutro rano na szóstą, pojedziecie na dworzec P.K.P. i pociągiem pojedziecie do Białegostoku.
Stamtąd autobusem do Supraśla. Będziecie widzieć młodzież z nartami, to do nich dołączycie.
Ale najpierw z dworca kolejowego musicie przejść na dworzec autobusowy na Jurowieckiej.
Stasio, krótko odpowiedział:
- Dobrze.
Tymczasem ja zdany na starszego brata, choć z ciekawością i uwagą słucham, ale w odezwie
milczę. Tymczasem już idziemy w kierunku centrum miasta. Choć już byłem w Sokółce,
wieczorem nie rozpoznaję, gdzie jesteśmy. Trener zaprowadził nas do prywatnego domu w
rodzaju willi. Stojąc na schodach, zadzwonił! W kilkanaście sekund otworzyła drzwi pani w
wieku naszych rodziców. Trener wyjaśnia, żeby nas przenocować!? Idzie mu gładko ze zgodą
właścicielki, że nas przenocuje. Może w tym domu mieszkają trenera rodzice. My tymczasem
pokornie jak grzeczne chłopcy milczymy. Ale i gospodyni tego domu o nic nas nie pyta.
Jest zdana na wiarę trenera. W końcu w kilka minut rozmowy, trener, co trzeba z noclegiem
nas, załatwił. Gospodyni wraz z trenerem nas wypuściła do domu do noclegowego pokoju.
Trener po tym opuścił nas. My sami zostali. Gospodyni też opuściła pokój. Godzina jest z
osiemnasta. Siedzimy cicho w pokoju. Żadnego radia, telewizora, tylko dwa noclegowe łóżka,
lampka nocna, stolik w pokoju. Aha, i jeszcze wyłącznik, żeby światło zgasić. Boże, jak tu tę
noc przeżyć. Cisza, absolutna cisza, czas się dłuży, gospodyni za niczym nie przychodzi,
tylko słychać od czasu do czasu za ścianą zamykanie drzwi pokojowych, a może i zewnętrznych.
Kiedy słyszę skrzypiące drzwi, przypominają mi się niedobre wspomnienia, a mianowicie, kiedy
siedziałem w szkole po lekcjach za coś czego nie nauczyłem się. A nauczyciel, który mnie
zostawił, za ścianą klasy mieszka - i gdy on lub jego żona odmykali lub zamykali skrzypiące
drzwi, potęgował się we mnie strach, że już idzie do mnie sprawdzić czy nauczyłem się lub
radość jeśli zapomniał, że zostawił w klasie po lekcjach, przypominając, bo kiedy było jesienią
lub zimą, co szybko cieniało. Powiedziałby bez pytania, uciekaj[cie] do domu. Ale dziś tego nie
ma i nie będzie. Dziś jestem więcej wart, niż to było każdego dnia w szkole, bo dziś nauczyciel
wie, że ja mniej jako uczeń, a więcej jako sportowiec. Leżymy w łóżkach w ubraniu, na razie
nie posłanych do snu. Czas się dłuży, cisza, nudy, a wieczór zimowy przecież taki długi jest.
A kiedy już położymy się spać, jestem przekonanym, że na nowym miejscu tak szybko nie
zaśniemy. Dzisiejszy wieczór i zwłaszcza noc będzie masakrą, mordownią i dumkami, nocy
dobrze nie przespanej. A jutro przecież w Supraślu narciarskie zawody. Niemniej duma mnie
rozpiera, że jestem jakby nie było sportowcem. Z domu nie wychodzimy na dwór, choć palimy
papierosy, ale teraz jakoś nie czuję głodu nikotynowego. Stasio, nie wiem czy też.
Nie pytam, a, on sam też nic nie mówi, że chce się zapalić. W nocy jak to na nowym miejscu,
co chwila budzę się, a to może odbić się na sobotnim dniu, kiedy już zajedziemy w Supraślu
w biegach narciarskich. Noc dłuży się czasem jakby to było czasu kilka nocy. Brat lub ja
zapalam światło żeby spojrzeć na zegar, żeby nie zaspać. Kiedy spoglądam na zegar wskazuje
godzinę pierwszą w nocy. Budzę się ponownie, patrzę na zegar godzina trzecia w nocy.
Budzi się brat, patrzy na zegar piąta rano, wstaje i budzi mnie. Ubieramy się na szybko i
wychodzimy z domu bez umycia się, bez śniadania, zamykając kwatery drzwi po cichu.
Jest godzina mniej więcej piąta trzydzieści, ciemno i zimno podczas drogi na dworzec, aż
skrzypi śnieg pod butami. Po prawdzie z tej ciemności nie wiem gdzie jestem na jakiej ulicy,
więc w takiej sytuacji jestem zdany na brata. Nie wiem co mi odbiło z samego rana, pół godziny
temu dopiero otworzyłem oczy, a już tak palić mi się chce. Przecież brak więcej pali i częściej,
a nie sięga po papierosa. Marudzę i męczę go, żeby zapalił papierosa i połowę dał mnie.
A on ani gadaj, nie będziemy palić. Ale w końcu zapalił i dał mnie posztachać się - po kilku
wciągnięciach dymu poczułem się otumaniony przez chwilę. Gdy z bocznej uliczki wyszliśmy
na ulicę główniejszą to i więcej oświetlenia raptem. Po drodze, gdy zobaczyłem kino "Sokół",
to i już połapałem się gdzie jesteśmy. A stąd drogą aż do dworca już jest dla mnie na pamięć znana.
Przechodząc najgłówniejszą ulicę Białostocką, prosto aż do dworca PKP około kilometra.
Akurat tutaj podążających ludzi w kierunku dworca sporo, z torbami lub walizkami, my z wyjątkiem
z nartami na ramieniu. Idąc mróz skrzyp pod stopami, a że przez ludzi śnieg na chodniku ubity,
tym bardziej skrzypi. Wchodzimy na dworzec poczekalni, brat pierwszy, jak za nim, on wprost do kasy
kupić bilety, ja trochę z boku stojąc, na siadanie nie ma czasu. Brat przy kasie:
- Proszę dwa bilety szkolne do Białegostoku. Ja tymczasem od kasy wkoło po całej poczekalni
się rozglądam. Ludzi praktycznie nie ma prócz nas. Ci, którzy podążali na dworzec, zapewne posiadają
bilety miesięczne, stąd udali się prosto na peron. W poczekalni ciepło, miło i przytulnie, a po przejściu
przez pół miasta w wcześnie porankowym mroźnym dniu, zostałoby się na dłużej, gdyby nie w drogę
na peron. Na peronie zimno, od strony prawej miasto, od strony lewej pusta przestrzeń na łąki,
skąd ziąb mroźny wiatr zmaga po twarzy. Przyjechał pociąg, gdy wejdziemy, ogrzejemy się, cały wagon
pusty, bez przedziałów, wybraliśmy miejsce, gdzie od grzejnika czujemy najwięcej ciepła.
Narty oparliśmy o siedzenie po drugiej stronie. Pociąg ruszył w drogę. Jedziemy do stolicy Podlasia.
Klawo jest jak cholera. Do tej pory mało razy jeździłem pociągiem, stąd cieszy mnie ta podróż, tym
bardziej świadomość, że jadę na zawody biegów narciarskich i to aż wojewódzkich. Pociąg się rozpędził
stukając kołami na złączach szyn, a za oknem zimny świszcze wiatr. cdn



WOJEWÓDZKIE  ZAWODY  JUNIORÓW  W  BIEGACH  NARCIARSKICH  W  GOŁDAPI   


[ Będzie co przeżywać...]  [...]



      Wawrzynek  Wilczełyko
  ( Wspomnienia z dzieciństwa )


Choć sucho, lecz jeszcze wszędzie szaro,
Krzewy, krzaczki, drzewa bez pączkowania.
Zimą nawiany jeszcze leży zwał śniegu,
Chodzę po śniegu, nie zapadają się stopy,
Jest twardy z nocnych przymrozków,
Zostawiam ślady, co roku to powtarzam
I zawsze jest tak samo lub podobnie.   
Trawa szara, brudna, sucha,
Tuż nad rzeką, obok zwału śniegu,   
Kwitnie wawrzynek wilczełyko -
Roznosi zapach na kilkadziesiąt metrów...
Zapach przyciąga - podchodzę - wącham...
Kiedy będę wracał do domu, ułamię dwie gałązki.
Idąc brzegiem koryta rzeki,
Śledzę miętusa, suma, szczupaka...   
Serce przyspieszonym rytmem zaczęło bić!
Może już lub za chwilę spotkam rybę?
Ościenie trzymając w ręku jak Aborygen.
Lubię takie życie chłopca myśliwego...
Słońce przeźroczyste, ani obłoczka na niebie -
Przygrzewa głowę, kark i plecy...
Woda w rzece mieni się w promieniach srebra.
Sprzyja wyjścia ryby z korzeni nadrzecznych
I z wodorostów na światło dzienne.   
Już dostrzegłem miętusa!
Śledząc nie spuszczając ze wzroku...
Z emocji serce wali jak dzwon -
Czuję pod żebrami jak łomocze...
Ryba zatrzymała się na samym dnie koryta,
I w dodatku wygodnie po mojej stronie.
Brzeg jeszcze nocnym przymrozkiem twardy -   
Idealnie służy podejść jak najbliżej -
W dodatku słonce idealnie sprzyja -
Mój cień pada wzdłuż brzegu koryta -
Powoli, delikatnie zanurzam ościenie -
Miętus stoi jak wryty bez ruchu,
Jedynie wykonuje ruchy oporom prądom wodnym.
Ościenie zanurzyłem tuż nad grzbietem suma -
I jak przyfanzolę, aż muł z dna wody uniósł się -
Unoszę ościenie do góry z sumem nabitym
Wykładając na brzeg koryta rzeki.
Jestem podniecony, szczęśliwy i spełniony.
Ułamując dwie gałązki wawrzynka wilczełyko
Wracam do domu z łupem po jaki przyszedłem.
Była to opowieść chłopca znad rzeki dzieciństwa, Sidra.



                Kuchnia  wiejska - chłopskie  jadło


Po rozgrzaniu pieca chlebowego, matka zazwyczaj, rzadziej ojciec,
wygarniała resztki wypalonego drewna żarowych węgielków
i wkładała do pieca chleb. Po wyjęciu upieczonego chleba, wkładała
babkę i w kąt brukiew lub czerwone buraki oraz ziemniaki z łupiną.
Brukiew smakowała, a czerwone buraki jeszcze bardziej były tak
słodkie i smaczne, zwiędłe, gdy ostudziły się do jedzenia, a ziemniaki
smakowały najbardziej.

Z miasta chleb biały z piekarni, kiełbasa cienka, gruba z rzeźni nieporównywalnie
odbiegało chlebowi razowemu z wiejskiego pieca, kiełbasie swojskiej roboty,
babce bogato zaskwarzonej, a nawet tym ziemniakom, brukwi i burakom.
Kocham cię, mój chłopski domu.



                            Brak  możliwości  realizacji   

     
Już od początku stycznia br. jestem chory, jak w maju powtórzyło się to co było
wówczas tylko teraz dłużej. Nie dam rady pisać. Nic nie przychodzi do głowy.
Kto nie przeczytał w całości, może czytać w dowolnym miejscu sobie wybranym.

  18.02.2021, czwartek