niedziela, 2019-04-21 Jarosława, Konrada, Selmy

Kartka z pamiętnika


And life is like a song
Etta James, “At last”

 

Zaczynając pisać ten reportaż, długo zastanawiałam się, o czym chcę mówić. I z pełną świadomością donoszę,  że chcę opowiedzieć o  zaangażowaniu, miłości i wreszcie przyjaźni.  Także o  nadziei, bo jeśli wierzyć mądrości wielu, ta umiera ostatnia. Niby banał, a jednak, kryje w sobie dużo prawdy. Chcę namalować słowami obraz tego, czego doświadczyłam na obozie w Spale i czego się tam nauczyłam.

 

Choć czasem życie prowadzi nas w miejsca, w których nigdy nie chcielibyśmy się znaleźć, choć nasze losy są kręte a historie życiowe pogmatwane, to może czasami, choć czasami, udaje się nam wycisnąć z niepowodzeń, czy z wewnętrznej niezgody na własny los,  trochę prawdy o nas samych, o naszym miejscu w świecie.  O tym jacy jesteśmy, czy o tym, co jest dla nas w życiu ważne, a co mniej. I tym razem, ku mojemu zdziwieniu, pomimo zmęczenia i braku wiary w jutro, dostałam nowe skrzydła i nowy oddech, świeży oddech. Inne doświadczenie codzienności. Bardzo ubogacające.  I takim właśnie nowym powiewem nazywam doświadczenia z obozu w Spale. 

 

Wszystko zaczęło się klasycznie -  koleżanka z pracy przy malowaniu murali na Wolskiej w Warszawie, zapytała mnie: „Dominika, czy nie chciałabyś w najbliższym czasie pojechać na obóz?”. Odpowiedziałam, że w sumie, mogłabym. Szaleństwa moim w głosie nie było, przyznaję.  Odsłona druga – pokój 107., FAR, Stegny, Warszawa,  upał, litry wypitej wody,  a my z Kasią właśnie na naszym małym kolegium redakcyjnym.  Wpadłyśmy na pomysł, żeby pojechać na dwa dni na obóz do Spały. Chciałyśmy razem nakręcić materiał z obozu właśnie, po to, aby pokazać innym, co tam robimy, jakie możliwości daje uczestnikom obóz. Nieco później rozmowa z Karolem z pracy -  rekrutował osoby do serwisu na obóz -  i informacja: „Są wolne miejsca. Jedziesz”. No, i pojechałam, razem z dwoma chłopakami z warszawskiego oddziału FAR-u – Dominikiem i Karolem (chłopakami… a zarazem instruktorami AR i prowadzącymi obóz).

 

Pierwszy dzień przebiegł mi dość leniwie, choć nie ukrywam, że przypomniałam sobie rzeczy ważne, związane z asekuracją osób niepełnosprawnych, informacje o urologii, czy harmonogram. Z niecierpliwością czekałam na przyjazd uczestników następnego dnia. W emocjach zasnęłam koło 1. w nocy.

 

Kolejny dzień przyniósł oczekiwanie i zastanowienie: kto przyjedzie?  Kim będą te osoby? Żadnej z nich wcześniej nie znałam. Zasadniczo do godziny 13. mieliśmy przyjemność przyjąć wszystkich uczestników. Mnie przypadło w udziale przywitanie Mateusza z Warszawy, który przyjechał pierwszy.  Na jego twarzy zauważyłam zagubienie, które mnie zaintrygowało. Zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że Mat studiuje na moim uniwerku, wprawdzie nie na Wydziale Polonistyki, ale na Wydziale Historycznym. Poczułam, że nawiązaliśmy nić porozumienia. Wydawał się cichą, nieodkrytą osobą, pomyślałam, że jesteśmy do siebie trochę podobni.

 

altNa Olę z Iławy zwróciłam uwagę podczas obiadu na stołówce. Śliczna blondynka, zbliżona do mnie wiekiem. Biła od niej świeżość, uderzyło mnie to.  W trakcie obozu całkiem sporo rozmawiałyśmy o zamiłowaniu do muzyki. Ola śpiewa, i to śpiewa pięknie.  Podczas jednego ze spacerów zaczęłyśmy śpiewać początek piosenki Etta`y James „At last”; dźwięki, słońce, poranek, kumpelka – wszystko to sprawiło, że poczułam się, jak w domu.  Na poniższym zdjęciu Ola.

 

W miarę upływu czasu, zaczęłam zauważać pozostałych uczestników.  Pamiętam Krzyśka vel. Jamesa (skąd to określenie, nie wiem), z Włocławka, lat 27., który jak się później okazało, był, jak to określił Konrad, członek serwisu,  „mistrzem ciętej riposty”. I tak też rzeczywiście było. Swoimi tekstami podczas treningów z zakresu techniki jazdy i w ogóle podczas całego obozu, niejedną osobę doprowadzał niemal do płaczu ze śmiechu. Fantastyczna osoba, choć wydawała mi się dość nieodkryta, z pokładami dużej wrażliwości, jak sądzę. Materiał na dobrego przyjaciela, to pewne. Podobne usposobienie i charaktery zbliżają, i tak też Łukasz ze Śląska stał się nieodrodnym kompanionem Krzyśka. Łukasz, o pseudonimach: Gekon, Zmieć, Wichura, Zaćma, Jaskra. Do wyboru. Jak dla mnie był lekkim zefirkiem.  Także od kilku lat na wózku.      

 

Paulinę spotkałam również pierwszego dnia. Pomagałam jej, więc miałam okazję poznać ją nieco lepiej: kobieta wielkiej siły woli i wielkiej woli walki, z mocno zarysowanym charakterem, uosabiała cechy, które niewiadomo dlaczego ja schowałam gdzieś w głąb siebie. Paulina – moja rówieśniczka – przypomniała mi, co to znaczy walczyć i nie poddawać się. Rozbijała w każdy możliwy sposób stereotyp osoby, która porusza się na wózku. Dobrze ubrana, pewna siebie i swoich umiejętności, sprawiała, że lubiłam z nią przebywać i oczywiście rozmawiać. 

alt

Na zdjęciu od lewej: Paulina, Łukasz, Kasia z kadry, Sylwek (zwany Bosmanem), w tle Konrad, Ola i Krzysiek.

 

altZuzę, lat 18.  i Monikę lat 23. poznałam w tym samym momencie, na jednym z pierwszych treningów. Przypomniał mi się wtedy cytat z „Qvo vadis”, w którym Akte powiedziała do Ligi: „Piękny jest ten kraj Ligów, w którym takie rodzą się dziewczyny”. Zuzanna już za rok kończy liceum w Łańcucie. Opowiadała mi, że planuje rozpocząć studia ekonomiczne. Ma szczególe uzdolnienia w kierunku języków, jeśli dobrze pamiętam, z angielskiego i rosyjskiego. Bardzo mi to zaimponowało, zwłaszcza, że planuję dalszą naukę angielskiego, także rozmowa z nią zmotywowała mnie lekko. Z Moniką pod koniec nawiązałam nić porozumienia. Wydała mi się bardzo kontaktową dziewczyną i ... nie pomyliłam się. Co ciekawe, okazało się, że Monika niedawno przeprowadziła się do Warszawy i mieszka niedaleko mnie. Niedawno spotkałyśmy się i dużo rozmawiałyśmy. Wygląda na to, że to początek pięknej znajomości. Usłyszałam od niej bardzo pokrzepiające słowa: „Dobrze, że Cię poznałam”.

 

W czasie obozu, trochę z boku, trochę z ukrycia obserwowałam innych uczestników, jedni byli wycofani, inni mniej. Jak się okazało po kilku dniach spędzonych wspólnie, nie każdy pogodził się z niepełnosprawnością. Pamiętam też rozmowy z tymi osobami, które w znacznym stopniu zaakceptowały  swoją sytuację.  Byli to zazwyczaj uczestnicy, którzy żyją z tą dysfunkcją od urodzenia. Kiedy przyglądałam się osobom po mechanicznym URK, dostrzegałam w ich oczach niejednokrotnie cierpienie, czasami chowane, u innych widoczne wprost. U niektórych nadzieja była widoczna lepiej, u innych zaledwie się tliła, ale była obecna. Sam wysiłek przyjazdu i pobytu na obozie implikował chęć poprawy swojego stanu, w jakikolwiek sposób.

 

Z powodu podziału uczestników na grupy, nie miałam sposobności poznać każdego w stopniu, w jakim chciałabym. Oddaję zdjęcie, na którym jesteśmy wszyscy razem. Zdjęcie to zostało zrobione przez jednego z przechodniów, rankiem, kiedy przedostatniego dnia obozu wybraliśmy się na kilkugodzinną grę terenową. Zrobiliśmy je na pamiątkę obozu. I oto jesteśmy, wszyscy razem.

 

W miarę, jak mijały mi dni na treningach, wspólnych posiłkach i konferencjach, uwiadomiłam sobie, że chcę te chwile - wspólne chwile, spędzone  z uczestnikami warsztatów, na długo pozostawić w pamięci. Z niektórymi nawiązałam bliższe relacje. Z Moniką spotkałam się już po obozie, z Pauliną planujemy wspólne wyjście do kina. Myślę, że nie warto zakopywać nowozyskanych  znajomości, bo kto wie, może przerodzą się piękną przyjaźń, a może niektóre właśnie się nią stają?

alt

Z obozu pamiętam przede wszystkim piękne doświadczenie przyjaźni, wspaniałych mężczyzn i kobiety, twarze, na których pomimo śladów cierpienia, malowała się otwartość na nowe doświadczenia i innych ludzi. Pomimo wcześniejszych doświadczeń pomocy osobom niepełnosprawnym, szczególnie będę wspominać mój pierwszy obóz w Spale. Doświadczenia wsparcia i wzajemnej pomocy są nieprzekazywalne. To trzeba przeżyć, odczuć na własnej skórze; wtedy można docenić to, jak ważny jest drugi człowiek.  Fascynujące, ubogacające przeżycia. Z niecierpliwością czekam na kolejny obóz.

Dominika